-Na pewno nic ci się nie przywidziało?-zapytał mnie Mike po tym, jak opowiedziałam o tym wszystkim chłopakom.
-Nie.-pokręciłam głową.-To było straszne. Bałam się i czułam...-zamknęłam oczy.-Nie chcę do tego wracać.
-Tylko jedno pytanie.-przerwał Harry.-To coś trzymało cię za ramię?
-Tak.-pokiwałam głową i podniosłam rękaw. Widniało tam zaczerwienienie w kształcie reki owiniętej wokół mojego ramienia.
Chłopaki przypatrzyli się temu.
-To...niemożliwe.-szepnął Mike.
-Wierzycie mi?-zapytałam drżącym głosem.-Wierzycie?
-Tak.-odpowiedzieli po chwili.
-Chcę stąd uciekać. Jak najszybciej. Nie powinniśmy tu być. Zrobiliśmy coś, czego robić nie powinniśmy. Nie wiem czy to ukradnięcie kartoteki, dochodzenie co tu się stało, wejście do domu czy wyjazd z Harry'm. Jak zwykle coś spieprzyliśmy.
-Co jest w tej kartotece?-zapytał Mike.
-Siódemka.-położyłam kopertę na stole.-Tajemniczy pacjent, którego określają jako siódemka.
Drżącą dłonią otworzyłam kopertę i wyciągnęłam plik kartek. Kartoteka x stała przed nami otworem. Tylko pytanie. Warto to otwierać?
-Otwieramy?-zapytałam.
Chłopaki w milczeniu patrzyli na siebie, na kartotekę i na mnie.
-Tak, czy nie?-zapytałam znów.
-Otwieraj.-powiedział po chwili Mike.
Położyłam dłoń na kartotece i otworzyłam ją.
Zapowiadała się jak każda inna. Z tym wyjątkiem, że nie było tam zdjęcia. Żadnego. Zaczęłam czytać dane.
-Imię i nazwisko, brak. Data trafienia, 31 lipca 1939 roku. Powody trafienia, brak. Sektory. Cztery, cztery, cztery, pięć, pięć, pięć, pięć, pięć, sześć. Śmierć. Data-zatrzymałam się na chwilę.-brak. Przyczyny, brak.
Odłożyłam pierwszą stronę na bok i spojrzałam na drugą. Jednak były tam zdjęcia. Bardzo dużo zdjęć. Na każdym była postać której twarz była zamazana czerwonym x. Nie było widać twarzy siódemki. Ktoś chciał zatuszować jego tożsamość. Ostatnie zdjęcie było bardzo dziwne. To była tajemnicza siódemka. Unosiła się nad ziemią. Jakieś pięć metrów. Jakby latała. Zdjęcie było czarno-białe. Obok było kilka pielęgniarek patrzących na lewitującą siódemkę.
-I to jest ten wielki sekret siódemki?-zapytał Harry.
-Nie wydaje ci się to dziwne? Ktokolwiek to jest lewituje sobie pięć metrów nad ziemią, nie pokazuje swojej twarzy. Nawet w kartotece nie ma podstawowych informacji.-wyliczał Mike.
Zamknęłam kartotekę i włożyłam ją do koperty. Za oknem robiło się ciemno. Nagle wszystkie światła rozbłysły i się zapaliły.
-Mamy światło.-zauważył Harry.
-I nie wyłączaj go.-mruknął Mike.
-Ok, ok.-podniósł ręce do góry.
-Mam stracha.-przyznałam się.
-Nie bój się Sami. Najgorsze już za nami.-pocieszył mnie Mike.
"Mam nadzieję"-pomyślałam.
Zaczynałam czuć się jak w tym horrorze. Dom w głębi lasu. Albo jak w Mamie. Tylko że na końcu Mamy chciało mi się płakać. Na serio fajny film.
-Co robimy?-zapytał Harry.
-Ja...zaraz wrócę.-wstałam. Poczułam jak robi mi się bardzo gorąco.
Poszłam do łazienki. Zamknęłam drzwi i starałam się ochłonąć przed lustrem. Stopniowo robiło mi się coraz chłodniej. A później chłód, przerodził się w zimno.
Oparłam dłonie o ścianę i spojrzałam do lustra. Odskoczyłam od niego. Widniał tam czerwony napis "Zaczynamy grę". Spojrzałam jeszcze raz do lustra. W uchylonych drzwiach stała postać.
-Gracie?-ten sam głos co przedtem.
Lustro natychmiast roztrzaskało się na kawałki a ja zakryłam twarz dłońmi. Czułam jak wali mi serce. Po chwili usłyszałam Harry'ego.
-Samara? Co jest?-chyba stał przede mną.
Otworzyłam oczy. Tak. Na wprost mnie stał Harry.
-Znowu to widziałam.-powiedziałam drżącym głosem.
Usiadłam w salonie. Tego było zbyt wiele jak na jeden dzień. Boję się, że to dopiero początek.
-Co się w ogóle stało?-zapytał Mike.
-Byłam w łazience przed lustrem.-zaczęłam opowiadać. Nadal czułam dreszcze.-Kiedy podniosłam głowę, zobaczyłam czerwony napis 'zaczynamy grę'. Później w drzwiach stało to samo coś co mnie trzymało za rękę. Było w białej sukience do kostek. Blada skóra. Nie widziałam twarzy.-przerwałam.
-Co dalej?-zapytał Harry.
-Zapytało.-popatrzyłam na nich.-Zapytało czy gramy.
wtorek, 12 listopada 2013
środa, 6 listopada 2013
Rozdział 7 "Strach"
Tak bardzo byliśmy tym pochłonięci, że nie zauważyliśmy jak zapadła głęboka noc a później ranek. Jakoś koło piątej odłożyliśmy wszystkie kartki i zaczęliśmy rozmawiać o tym co znaleźliśmy.
-Ja niewiele.-zaczął Mike.-Jeszcze więcej artykułów o Alex. Trochę o drugiej wojnie światowej i...o Czarnobylu!-wykrzyknął z radością.
Mike ma hopla na punkcie Czarnobyla. Jak się stąd wydostaniemy to kolejnym jego celem będzie właśnie Czarnobyl. Tylko, że ja nie jadę. Zbyt bardzo się boję że skończymy wśród napromieniowańców którzy ponoć nadal się tam błąkają...
-Ja mam zdjęcia klapy i tej grupki przyjaciół, jakiegoś korytarza, ludzi w białych fartuchach i na razie tyle.-oświadczył Harry.
-A ja tylko o pacjentach i o pojebanych metodach leczenia.-wzruszyłam ramionami.-Chce sie wam spać?
-Mi się chciało, ale jak zobaczyłem że pracujecie to wróciłem do przeglądania.-odpowiedział Harry.
-A mi nie. Sen jest...
-Dla śmiertelników.-dokończyłam za Mike'a. Tak, tak.
-To mam pomysł. Chodźcie na tą dróżkę co wczoraj chcieliście sprawdzić.-oświadczyłam.
-Lajcik.-uśmiechnął sie Harry.
Wyszliśmy na zewnątrz. Był piękny słoneczny dzień. Tkwiliśmy tu już trzy dni. Kolejna nadzieja na wydostanie się stąd pojawiła się na horyzoncie.
Ruszyliśmy do tej ścieżki. Rzeczywiście. Była wąska i mało dostrzegalna, ale na końcu majaczył jakiś mały budyneczek.
-Chodźcie.-prowadził Harry.
Przecisnęliśmy się przez gałęzie i zwalone pnie drzew. Serio nie było łatwo. Droga okropnie się dłużyła, a ja o mało co nie wyrżnęłam kilka razy.
-Wszyscy cali?-zapytał Mike kiedy byliśmy już na końcu.
-Nie, moja druga połowa zbiera się z ziemi.-mruknęłam wyplątując z włosów suche liście.
-Ok. Wow...-Harry rozejrzał się.
Na serio wow. Drzewa tworzyły tu coś w rodzaju kopuły. Ich korony były tak splątanie, że tworzyły sufit, przez który na prawdę rzadko przeciskał się promień słoneczny.
Z zamyśleń wyrwało mnie brzęczenie. Telefon Harry'ego.
-Ktoś dzwoni?!-wrzasnęłam z Mike'm.
-Heh...nie. Bateria mi zaraz padnie.-uśmiechnął sie przepraszająco.
-No to jeden telefon mniej.-mruknął Mike.-Jest tu zasięg?
-A jak myślisz?-zapytał Harry.
-Czyli nie.-popatrzyłam jeszcze raz na wszystko i podeszłam bliżej małego budynku.
-Uuu Sami hardkoży.-zaśmiał się Mike.
-Nie, to po prostu...-podeszłam do drzwi i popchnęłam je lekko.-ciekawość.-otworzyły się z cichym skrzypnięciem.
Budynek był tak na prawdę pokojem. A ściślej gabinetem. Stało tam biurko, podniszczone krzesło i białe szafki.
Coś mnie ciągnęło do środka. Podeszłam do biurka i spojrzałam na blat.
Za mną byli Mike i Harry. Patrzyli na białe szafki.
-Czemu ja czuję insulinę?-mruknął Harry.
-W środku są leki.-oświadczył Mike wskazując na szafki.
Otworzyłam jedną z szuflad biurka. Pod stertą czystych kartek znalazłam jedną kartotekę. Nieoznaczoną z zewnątrz. Był na niej tylko czerwony 'x'. Ostrożnie wyciągnęłam po nią dłoń.
Nagle drzwi gwałtownie się zatrzasnęły. Wrzasnęłam i zrobiło się bardzo ciemno. Nie było tu okien, ani lampy. Poczułam dreszcze na plecach.
-Sami, Harry?-to był głos Mike'a.
-Obecny.-odezwał się Harry.
-Sami?-ponownie zapytał Mike.
Poczułam dłoń na ramieniu. Zimną. Zacisnęła się na ramieniu jak sznur.
-Chłopaki.-szepnęłam.-Boję się.
-Nie ma czego. Zaraz znajdę drzwi.-Mike zaczął chodzić po pokoju.
Uścisk na mojej dłoni nie ustępował.
-Harry.-szepnęłam znowu.
-Hm?
-Puść, proszę.
-Ale ja nic nie trzymam.
Zaczęłam coraz szybciej oddychać. Ciało stało się kamieniem. Puls gwałtownie przyspieszył.
-Skoro ty mnie nie trzymasz, a Mike chodzi po pokoju.-przełknęłam głośno ślinę.-To...kto?
Drzwi otworzyły się jakby popchnięte przeciągiem i zobaczyłam w lustrze czarny cień za sobą. Trzymał mnie za ramię.
-Boję się.-usłyszałam cichy głos.
Wrzasnęłam i uderzyłam z całej siły w szafkę. Butelki z lekami poleciały na ziemię. Usłyszałam chrzęst metalu, który właśnie się przewracał na mnie. Przykryłam dłoniami twarz i...i nic.
Odważyłam się spojrzeć w górę. Harry przytrzymywał metalową szafkę.
-Wstawaj! Długo nie wytrzymam!
Szybko przeniosłam się w stronę drzwi. Serce dalej mi waliło a oddech był jeszcze szybszy. Harry puścił półkę która uderzyła głośno o ziemię. Popatrzyłam na to wszystko. Wokół walało się szkło z butelek. Wszędzie były rozlane leki i porozsypywane tabletki. Ściskałam w dłoniach kartotekę patrząc na wszystko szeroko otwartymi oczami.
Popatrzyłam na Harry'ego i natychmiast zaniosłam się płaczem. To wszystko było straszne. Historia z psychiatrykiem, zaginięcie dziewczyny, uwięzieni my, a do tego to...to coś! Po prostu nie wytrzymałam.
-Sami co jest? Co jej jest?-to był głos Mike'a.
-Nie mam pojęcia. Kiedy tylko otworzyłeś drzwi uderzyła o szafkę i wszystko poleciało.
Czy oni tego nie widzeli? A może to ja zaczynam mieć urojenia? Boję się, że uwolniliśmy jakieś zło, a powrót do domu nie będzie zwykłym opuszczeniem lasu.
Wróciliśmy do domu a ja nadal nie umiałam się pozbierać. Usiadłam w salonie. Moje dłonie jakby zakleszczyły się na kartotece x. Patrzyłam nieobecnym wzrokiem przed siebie. Kiedy już się uspokoiłam zaczęły docierać do mnie rozmowy chłopaków.
-Sami? Sami, powiedz coś.-Harry siedział naprzeciw mnie.
Zamrugałam kilka razy oczami i popatrzyłam na niego.
-Boję się.-wyszeptałam.
-Ja niewiele.-zaczął Mike.-Jeszcze więcej artykułów o Alex. Trochę o drugiej wojnie światowej i...o Czarnobylu!-wykrzyknął z radością.
Mike ma hopla na punkcie Czarnobyla. Jak się stąd wydostaniemy to kolejnym jego celem będzie właśnie Czarnobyl. Tylko, że ja nie jadę. Zbyt bardzo się boję że skończymy wśród napromieniowańców którzy ponoć nadal się tam błąkają...
-Ja mam zdjęcia klapy i tej grupki przyjaciół, jakiegoś korytarza, ludzi w białych fartuchach i na razie tyle.-oświadczył Harry.
-A ja tylko o pacjentach i o pojebanych metodach leczenia.-wzruszyłam ramionami.-Chce sie wam spać?
-Mi się chciało, ale jak zobaczyłem że pracujecie to wróciłem do przeglądania.-odpowiedział Harry.
-A mi nie. Sen jest...
-Dla śmiertelników.-dokończyłam za Mike'a. Tak, tak.
-To mam pomysł. Chodźcie na tą dróżkę co wczoraj chcieliście sprawdzić.-oświadczyłam.
-Lajcik.-uśmiechnął sie Harry.
Wyszliśmy na zewnątrz. Był piękny słoneczny dzień. Tkwiliśmy tu już trzy dni. Kolejna nadzieja na wydostanie się stąd pojawiła się na horyzoncie.
Ruszyliśmy do tej ścieżki. Rzeczywiście. Była wąska i mało dostrzegalna, ale na końcu majaczył jakiś mały budyneczek.
-Chodźcie.-prowadził Harry.
Przecisnęliśmy się przez gałęzie i zwalone pnie drzew. Serio nie było łatwo. Droga okropnie się dłużyła, a ja o mało co nie wyrżnęłam kilka razy.
-Wszyscy cali?-zapytał Mike kiedy byliśmy już na końcu.
-Nie, moja druga połowa zbiera się z ziemi.-mruknęłam wyplątując z włosów suche liście.
-Ok. Wow...-Harry rozejrzał się.
Na serio wow. Drzewa tworzyły tu coś w rodzaju kopuły. Ich korony były tak splątanie, że tworzyły sufit, przez który na prawdę rzadko przeciskał się promień słoneczny.
Z zamyśleń wyrwało mnie brzęczenie. Telefon Harry'ego.
-Ktoś dzwoni?!-wrzasnęłam z Mike'm.
-Heh...nie. Bateria mi zaraz padnie.-uśmiechnął sie przepraszająco.
-No to jeden telefon mniej.-mruknął Mike.-Jest tu zasięg?
-A jak myślisz?-zapytał Harry.
-Czyli nie.-popatrzyłam jeszcze raz na wszystko i podeszłam bliżej małego budynku.
-Uuu Sami hardkoży.-zaśmiał się Mike.
-Nie, to po prostu...-podeszłam do drzwi i popchnęłam je lekko.-ciekawość.-otworzyły się z cichym skrzypnięciem.
Budynek był tak na prawdę pokojem. A ściślej gabinetem. Stało tam biurko, podniszczone krzesło i białe szafki.
Coś mnie ciągnęło do środka. Podeszłam do biurka i spojrzałam na blat.
Za mną byli Mike i Harry. Patrzyli na białe szafki.
-Czemu ja czuję insulinę?-mruknął Harry.
-W środku są leki.-oświadczył Mike wskazując na szafki.
Otworzyłam jedną z szuflad biurka. Pod stertą czystych kartek znalazłam jedną kartotekę. Nieoznaczoną z zewnątrz. Był na niej tylko czerwony 'x'. Ostrożnie wyciągnęłam po nią dłoń.
Nagle drzwi gwałtownie się zatrzasnęły. Wrzasnęłam i zrobiło się bardzo ciemno. Nie było tu okien, ani lampy. Poczułam dreszcze na plecach.
-Sami, Harry?-to był głos Mike'a.
-Obecny.-odezwał się Harry.
-Sami?-ponownie zapytał Mike.
Poczułam dłoń na ramieniu. Zimną. Zacisnęła się na ramieniu jak sznur.
-Chłopaki.-szepnęłam.-Boję się.
-Nie ma czego. Zaraz znajdę drzwi.-Mike zaczął chodzić po pokoju.
Uścisk na mojej dłoni nie ustępował.
-Harry.-szepnęłam znowu.
-Hm?
-Puść, proszę.
-Ale ja nic nie trzymam.
Zaczęłam coraz szybciej oddychać. Ciało stało się kamieniem. Puls gwałtownie przyspieszył.
-Skoro ty mnie nie trzymasz, a Mike chodzi po pokoju.-przełknęłam głośno ślinę.-To...kto?
Drzwi otworzyły się jakby popchnięte przeciągiem i zobaczyłam w lustrze czarny cień za sobą. Trzymał mnie za ramię.
-Boję się.-usłyszałam cichy głos.
Wrzasnęłam i uderzyłam z całej siły w szafkę. Butelki z lekami poleciały na ziemię. Usłyszałam chrzęst metalu, który właśnie się przewracał na mnie. Przykryłam dłoniami twarz i...i nic.
Odważyłam się spojrzeć w górę. Harry przytrzymywał metalową szafkę.
-Wstawaj! Długo nie wytrzymam!
Szybko przeniosłam się w stronę drzwi. Serce dalej mi waliło a oddech był jeszcze szybszy. Harry puścił półkę która uderzyła głośno o ziemię. Popatrzyłam na to wszystko. Wokół walało się szkło z butelek. Wszędzie były rozlane leki i porozsypywane tabletki. Ściskałam w dłoniach kartotekę patrząc na wszystko szeroko otwartymi oczami.
Popatrzyłam na Harry'ego i natychmiast zaniosłam się płaczem. To wszystko było straszne. Historia z psychiatrykiem, zaginięcie dziewczyny, uwięzieni my, a do tego to...to coś! Po prostu nie wytrzymałam.
-Sami co jest? Co jej jest?-to był głos Mike'a.
-Nie mam pojęcia. Kiedy tylko otworzyłeś drzwi uderzyła o szafkę i wszystko poleciało.
Czy oni tego nie widzeli? A może to ja zaczynam mieć urojenia? Boję się, że uwolniliśmy jakieś zło, a powrót do domu nie będzie zwykłym opuszczeniem lasu.
Wróciliśmy do domu a ja nadal nie umiałam się pozbierać. Usiadłam w salonie. Moje dłonie jakby zakleszczyły się na kartotece x. Patrzyłam nieobecnym wzrokiem przed siebie. Kiedy już się uspokoiłam zaczęły docierać do mnie rozmowy chłopaków.
-Sami? Sami, powiedz coś.-Harry siedział naprzeciw mnie.
Zamrugałam kilka razy oczami i popatrzyłam na niego.
-Boję się.-wyszeptałam.
sobota, 2 listopada 2013
Rozdział 6 "Informacje"
-Jakie to jest cholernie niedobre!-wrzasnął Mike po pierwszym kęsie jabłka.
Może i były trochę kwaśne i nadal zielone, no ale tonący brzytwy się chwyta, nie?
-Jedz nie marudź. Chyba że chcesz głodować.-pokazał mu język Harry i wziął jedno jabłko.-Ja pierdole.
Kiedy zjedliśmy jako takie śniadanie, postanowiliśmy ogarnąć las. Był piękny słoneczny dzień, więc zapowiadała się idealna pogoda na poszukiwanie ludzi. Jak to brzmi...
-Rozdzielmy się.-oświadczył Mike.
-Chyba cię popierdoliło.-otworzyłam szeroko oczy.
-Nie. Czemu niby? Tak będzie szybciej.
-Mike ma rację.-poparł go Harry.
-Ty też?! No proszę was.-skrzyżowałam ramiona.
-Boisz się Sami?-zapytał ze śmiechem Harry.
-Nie,-skłamałam.-ale jak niby chcecie się spotkać ponownie?-ostatnia deska ratunku.
-To proste.-mruknął Mike.-Ty pójdziesz w stronę jeziora i postarasz się wejść pod górę, tam, skąd spadliśmy, ja pójdę na tył od domu a Harry tam przez las. Będziecie co chwilę jakoś zaznaczać sobie drogę. Wracamy po godzinie tutaj i mówimy co się nam udało znaleźć.
-Genialne!-wywróciłam oczami.
-No nie?-uśmiechnął się Mike, który nie zna chyba pojęcia sarkazm.
-No to lepiej idźmy już bo jest po dwunastej.-zauważył Harry i poszedł w swoją stronę.
-Od kiedy on taki narwany do wykonywania poleceń?-zapytał mnie Mike.
Wzruszyłam tylko ramionami i poszłam w swoją stronę.
Ruszyłam spokojnie w stronę jeziora. Stanęłam na brzegu i spojrzałam w wodę. Ciemność pochłaniała wszystko. Nie mogłam nic zobaczyć. Jako, że z samochodu Harry'ego i naszych rzeczy już nic nie zostało westchnęłam ciężko i zaczęłam się rozglądać po możliwie łatwym szlaku wspinaczkowym.
Przeszłam obok nienaturalnie dużego zbiorowiska brzóz i zaczęłam wchodzić po kamieniach coraz wyżej. Kilka razy natrafiłam na luźne kamienie które później osuwały się z kawałkiem ziemi i spadały na dół. Nie mam lęku wysokości, ale z tej perspektywy wyglądało to serio strasznie.
Byłam już przy szczycie. Tam dalej powinna być droga którą przyjechaliśmy. Otrzepałam ubranie z ziemi i piasku i obróciłam się.
Otworzyłam szeroko oczy. Nie było tam drogi. Ciągnął się gęsty las którego nie mogłam ogarnąć wzrokiem.
-To niemożliwe.-szepnęłam i zaczęłam się rozglądać.
Może wspięłam się na co innego? Może wczoraj nie zwracałam uwagi a jednak przyjechaliśmy tędy? Nie, to raczej niemożliwe. Nie zmieściło by się tam nawet różowe tico. Westchnęłam i zeszłam na dół.
Schodzenie było jeszcze gorsze niż wchodzenie, ale poza obtartym ramieniem nic mi się nie stało. Spojrzałam na ekran telefonu. Nadal brak zasięgu, a do powrotu miałam jeszcze kwadrans. Wróciłam na miejsce naszego potkania. Okazało się, że chłopaki już tam byli.
-O, jesteś.-Harry spojrzał na mnie.-Ty też na to natrafiłaś?
-Na co?-zapytałam.
-Na nieprzebyty las.-Mike skrzyżował ramiona.
-Tak. Wydawało mi się że pomyliłam drogę, ale jednak nie.
-Ja i Mike mieliśmy tak samo. Nie da się przejść.
-Nadal nie ma zasięgu.
-Co teraz zrobimy?-zapytałam.
-Nie wiem.-Harry zaśmiał się nerwowo.-Na prawdę nie wiem.
Usiadłam w salonie opierając łokcie na kolonach. Zaczęłam myśleć. Las nie mógł tak sobie...to niemożliwe. Jesteśmy tu uwięzieni, chyba, że znajdziemy piłę mechaniczną, czy coś w tym stylu. Jest mi zimno, nie mamy co jeść. Brak jakiegokolwiek kontaktu z ludzkością. To nienormalne. Czuję się jak w psychiatryku.
Byłam w domu sama. Harry i Mike powiedzieli, że idą ogarnąć resztę okolicy. Może z innych stron nie jest tak samo? Mam nadzieję.
*kilka godzin później*
Jest godzina dwudziesta. Robi się ciemno, chłopaków dalej nie ma, a ja się boję! Spojrzałam nerwowo w okno. Może się zgubili? Może coś znaleźli i dalej przedzierają się przez las? Może jednak znaleźli ludzkość i mnie zostawili? Może coś im się stało? Za dużo pytań!
Usłyszałam jak otwierają się drzwi. Do domu wszedł Mike i Harry.
-No nareszcie jesteście!-stanęłam przed nimi.-I jak? Macie coś?
-Nic.-westchnął Mike.-Wszędzie to samo.
-Obeszliśmy wszystko.-dorzucił Harry.
-Była taka jedna mała uliczka, ale dość wąska. Poza tym odkryliśmy ją dość późno, więc postanowiliśmy ogarnąć to jutro wspólne.
-Jaka szkoda że nie ma z nami Linkinów!-oparłam się o ścianę.-Pogadałabym z Chesterem, na pewno miałby jakiś plan.
-A Joe wyskoczyłby z wiertarką. Taak...-uśmiechnął się Mike.
-Tak...ja...ja też żałuję, że ich tu nie ma.-mruknął Harry.
Przypomniały mi się studia w Newcastle West w Irlandii. Tam spotkaliśmy Linkin Park. Pracowali nad nowym albumem, który okazał się sukcesem. Nawet dali tam wzmianki o nas! Czułam radochę kiedy patrzyłam na kontakty w moim telefonie i widziałam ich imiona i nazwiska. Ich prawdziwe numery telefonu...skarb.
-Żyjesz Sami?-zapytał Harry.
-Tak.-kiwnęłam głową. Zrobiło mi się strasznie żal, i poczułam nagłą ochotę poużalania się nad sobą i swoim losem.-Chłopaki? Co wy na to żeby ogarnąć te kartki co leżą na biurku na górze?
-Aha, te takie co wczoraj przeglądałaś.-zakapował Harry.
-Mhm. Dowiedziałam się trochę o tym miejscu...-zaczęłam chłopakom opowiadać tą historię z Alex, i o tym czym był ten dom kiedyś.
Chyba ich wciągnęło, bo od razu postanowili iść na górę.
-Harry, przeglądasz zdjęcia. Ty bierzesz te papiery, ja te. Jak znajdziecie coś ciekawego to mówcie.-rozdzielił zadania Mike i wzięliśmy się do roboty.
Pierwsze co było na stercie papierów które miałam ogarnąć to dziennik.
Otworzyłam go i spojrzałam na pierwszą stronę.
"19 października 1939
Zakwaterowanie pacjentów. Podanie leków. Dodatkowe leki dla W.S.[patrz koniec dziennika] 19.40 przybycie dwóch pacjentów. Dołączenie ich do sektora czwartego."
Zapowiada się ciekawie. To chyba zapis tego co tu się działo. Ok, następna strona.
"20 października 1939
brak szczególnych zdarzeń"
Serio? Ok, next...
"21 października 1939
Śmierć M.K.[patrz koniec dziennika] Przyczyna: prawdopodobne przedawkowanie leku. Furia jednego z pacjentów. Przeniesienie z sektora drugiego do czwartego. Zwiększenie dawki leków."
Jak tak na to patrzę to chyba ci lekarze byli jacyś powaleni. Skoro jednego zabiło od leków, a drugiemu zwiększają ich dawkę, to jaki ma to sens?
"22 października 1939
Padaczka S.J.[patrz koniec dziennika] brak szczególnych zdarzeń"
Niżej było dopisane:
"Padaczka pielęgniarki. Zgon na miejscu. Podejrzewana zaraza. Odizolowanie S.J. Ograniczenie kontaktu z pacjentami do minimum."
To zaczyna być nienormalne. Spojrzałam na Mike'a i Harry'go. Byli pochłonięci swoimi pracami. Nikt jeszcze nie znalazł nic godnego uwagi. Ok, wracajmy do lektury...
"23 października 1939
Przeniesienie B.J. i numeru siedem[patrz koniec dziennika] na sektor trzeci. Wykrwawienie W.B. Przyczyna: samobójstwo. Cięcia nożem w brzuch."
Wait, wait. Kto normalny daje psychopacie nóż do zabawy? Jakiś powalony ten personel. Czy tak się leczyło psycholi podczas drugiej wojny światowej? Jak niby udało im się bezpiecznie dostać tutaj? Nic im się nie stało? I o co chodzi z tym końcem dziennika?
Przewróciłam kartki i spojrzałam na ostatnią stronę. Okazało się że te skróty to inicjały pacjentów. Obok były dopiski sektorów. Wielokrotnie zmieniane. Podejrzewam, że chodziło o rygor. Im wyższy stopień tym więcej leków i badań. Straszne.
Spomiędzy kartek wyleciała jedna zupełnie luźna. Była pisana na innym papierze. Nadawca wiadomości spieszył się z jej pisaniem. Wywnioskowałam po charakterze pisma. W dodatku wszystko było zapisane w kolorze brudnej czerwieni. Czy to nie jest...nie, to nie może być krew.
"Kimkolwiek jesteś proszę uratuj nas!!! Jesteśmy zwykłymi ludźmi zamkniętymi z czystej szaleńczości lekarzy. Codziennie podają nam leki powodujące omamy, padaczkę, straszny ból, koszmary senne, a później doprowadzają do śmierci. Wariujemy tutaj! Błagamy o pomoc! Wolimy zginąć na wojnie niż tu w tych męczarniach! Zbadaj pokój trzynasty i unikaj siódemki, to..."
I tu niestety wiadomość się kończyła. O co chodziło? Kompletnie nie rozumiem. Byli chorzy, czy nie? A może rzeczywiście chorymi byli nie pacjenci a lekarze? Opowiedziałam chłopakom to co znalazłam. Mike pochwalił się innymi artykułami o zaginięciu Alex, a Harry powiedział, że znalazł kartoteki.
-To chyba tych pacjentów.-rzucił mi pożółkłe koperty.-Przeglądnij.
Odłożyłam na chwilę dziennik i wzięłam pierwszą z brzegu kartę. Były oznakowane inicjałami. Spojrzałam na listę pacjentów w dzienniku i porównywałam z kartotekami.
-W.S.-mówiłam cicho co chwilę.-Jest...
Kartoteka tego mężczyzny pokazywała jego zdjęcie i dane. Obok przypiętego zdjęcia było wpisane imię i nazwisko. Następnie data urodzenia i kiedy i dlaczego tu trafił.
-19 października 1939r. Omamy wzrokowe i słuchowe. Lunatykowanie. Agresja. Za lunatykowanie idzie się do psycholi? Lol...Próby samobójcze.-czytałam po cichu.
Później była kategoria sektory. Był wiele razy przenoszony.
"cztery, dwa, jeden, trzy, cztery, dwa, cztery, dwa."
Później zgon.
"28 lipca 1944. Przyczyna: głód."
Boże...głodzili ich? Co to jest? Ok, następna kartoteka...
"M/ K.
19 października 1939r.
Próby samobójcze, omamy, agresja.
Sektory
dwa, trzy.
Śmierć
21 października 1939. Przyczyna: przedawkowanie leków."
Następne kartoteki przebiegały podobnie. Wszyscy pacjenci trafili tutaj 19 października. Umarli maksimum po jedenastu latach przebywania tutaj. Straszne. Jak na moje wyczucie brakowało jednej kartoteki. Tej całej siódemki. Kim ona lub on jest? I czemu nadawca listu ostrzegał przed nim? Wszystko to, jest bardzo dziwne...
Może i były trochę kwaśne i nadal zielone, no ale tonący brzytwy się chwyta, nie?
-Jedz nie marudź. Chyba że chcesz głodować.-pokazał mu język Harry i wziął jedno jabłko.-Ja pierdole.
Kiedy zjedliśmy jako takie śniadanie, postanowiliśmy ogarnąć las. Był piękny słoneczny dzień, więc zapowiadała się idealna pogoda na poszukiwanie ludzi. Jak to brzmi...
-Rozdzielmy się.-oświadczył Mike.
-Chyba cię popierdoliło.-otworzyłam szeroko oczy.
-Nie. Czemu niby? Tak będzie szybciej.
-Mike ma rację.-poparł go Harry.
-Ty też?! No proszę was.-skrzyżowałam ramiona.
-Boisz się Sami?-zapytał ze śmiechem Harry.
-Nie,-skłamałam.-ale jak niby chcecie się spotkać ponownie?-ostatnia deska ratunku.
-To proste.-mruknął Mike.-Ty pójdziesz w stronę jeziora i postarasz się wejść pod górę, tam, skąd spadliśmy, ja pójdę na tył od domu a Harry tam przez las. Będziecie co chwilę jakoś zaznaczać sobie drogę. Wracamy po godzinie tutaj i mówimy co się nam udało znaleźć.
-Genialne!-wywróciłam oczami.
-No nie?-uśmiechnął się Mike, który nie zna chyba pojęcia sarkazm.
-No to lepiej idźmy już bo jest po dwunastej.-zauważył Harry i poszedł w swoją stronę.
-Od kiedy on taki narwany do wykonywania poleceń?-zapytał mnie Mike.
Wzruszyłam tylko ramionami i poszłam w swoją stronę.
Ruszyłam spokojnie w stronę jeziora. Stanęłam na brzegu i spojrzałam w wodę. Ciemność pochłaniała wszystko. Nie mogłam nic zobaczyć. Jako, że z samochodu Harry'ego i naszych rzeczy już nic nie zostało westchnęłam ciężko i zaczęłam się rozglądać po możliwie łatwym szlaku wspinaczkowym.
Przeszłam obok nienaturalnie dużego zbiorowiska brzóz i zaczęłam wchodzić po kamieniach coraz wyżej. Kilka razy natrafiłam na luźne kamienie które później osuwały się z kawałkiem ziemi i spadały na dół. Nie mam lęku wysokości, ale z tej perspektywy wyglądało to serio strasznie.
Byłam już przy szczycie. Tam dalej powinna być droga którą przyjechaliśmy. Otrzepałam ubranie z ziemi i piasku i obróciłam się.
Otworzyłam szeroko oczy. Nie było tam drogi. Ciągnął się gęsty las którego nie mogłam ogarnąć wzrokiem.
-To niemożliwe.-szepnęłam i zaczęłam się rozglądać.
Może wspięłam się na co innego? Może wczoraj nie zwracałam uwagi a jednak przyjechaliśmy tędy? Nie, to raczej niemożliwe. Nie zmieściło by się tam nawet różowe tico. Westchnęłam i zeszłam na dół.
Schodzenie było jeszcze gorsze niż wchodzenie, ale poza obtartym ramieniem nic mi się nie stało. Spojrzałam na ekran telefonu. Nadal brak zasięgu, a do powrotu miałam jeszcze kwadrans. Wróciłam na miejsce naszego potkania. Okazało się, że chłopaki już tam byli.
-O, jesteś.-Harry spojrzał na mnie.-Ty też na to natrafiłaś?
-Na co?-zapytałam.
-Na nieprzebyty las.-Mike skrzyżował ramiona.
-Tak. Wydawało mi się że pomyliłam drogę, ale jednak nie.
-Ja i Mike mieliśmy tak samo. Nie da się przejść.
-Nadal nie ma zasięgu.
-Co teraz zrobimy?-zapytałam.
-Nie wiem.-Harry zaśmiał się nerwowo.-Na prawdę nie wiem.
Usiadłam w salonie opierając łokcie na kolonach. Zaczęłam myśleć. Las nie mógł tak sobie...to niemożliwe. Jesteśmy tu uwięzieni, chyba, że znajdziemy piłę mechaniczną, czy coś w tym stylu. Jest mi zimno, nie mamy co jeść. Brak jakiegokolwiek kontaktu z ludzkością. To nienormalne. Czuję się jak w psychiatryku.
Byłam w domu sama. Harry i Mike powiedzieli, że idą ogarnąć resztę okolicy. Może z innych stron nie jest tak samo? Mam nadzieję.
*kilka godzin później*
Jest godzina dwudziesta. Robi się ciemno, chłopaków dalej nie ma, a ja się boję! Spojrzałam nerwowo w okno. Może się zgubili? Może coś znaleźli i dalej przedzierają się przez las? Może jednak znaleźli ludzkość i mnie zostawili? Może coś im się stało? Za dużo pytań!
Usłyszałam jak otwierają się drzwi. Do domu wszedł Mike i Harry.
-No nareszcie jesteście!-stanęłam przed nimi.-I jak? Macie coś?
-Nic.-westchnął Mike.-Wszędzie to samo.
-Obeszliśmy wszystko.-dorzucił Harry.
-Była taka jedna mała uliczka, ale dość wąska. Poza tym odkryliśmy ją dość późno, więc postanowiliśmy ogarnąć to jutro wspólne.
-Jaka szkoda że nie ma z nami Linkinów!-oparłam się o ścianę.-Pogadałabym z Chesterem, na pewno miałby jakiś plan.
-A Joe wyskoczyłby z wiertarką. Taak...-uśmiechnął się Mike.
-Tak...ja...ja też żałuję, że ich tu nie ma.-mruknął Harry.
Przypomniały mi się studia w Newcastle West w Irlandii. Tam spotkaliśmy Linkin Park. Pracowali nad nowym albumem, który okazał się sukcesem. Nawet dali tam wzmianki o nas! Czułam radochę kiedy patrzyłam na kontakty w moim telefonie i widziałam ich imiona i nazwiska. Ich prawdziwe numery telefonu...skarb.
-Żyjesz Sami?-zapytał Harry.
-Tak.-kiwnęłam głową. Zrobiło mi się strasznie żal, i poczułam nagłą ochotę poużalania się nad sobą i swoim losem.-Chłopaki? Co wy na to żeby ogarnąć te kartki co leżą na biurku na górze?
-Aha, te takie co wczoraj przeglądałaś.-zakapował Harry.
-Mhm. Dowiedziałam się trochę o tym miejscu...-zaczęłam chłopakom opowiadać tą historię z Alex, i o tym czym był ten dom kiedyś.
Chyba ich wciągnęło, bo od razu postanowili iść na górę.
-Harry, przeglądasz zdjęcia. Ty bierzesz te papiery, ja te. Jak znajdziecie coś ciekawego to mówcie.-rozdzielił zadania Mike i wzięliśmy się do roboty.
Pierwsze co było na stercie papierów które miałam ogarnąć to dziennik.
Otworzyłam go i spojrzałam na pierwszą stronę.
"19 października 1939
Zakwaterowanie pacjentów. Podanie leków. Dodatkowe leki dla W.S.[patrz koniec dziennika] 19.40 przybycie dwóch pacjentów. Dołączenie ich do sektora czwartego."
Zapowiada się ciekawie. To chyba zapis tego co tu się działo. Ok, następna strona.
"20 października 1939
brak szczególnych zdarzeń"
Serio? Ok, next...
"21 października 1939
Śmierć M.K.[patrz koniec dziennika] Przyczyna: prawdopodobne przedawkowanie leku. Furia jednego z pacjentów. Przeniesienie z sektora drugiego do czwartego. Zwiększenie dawki leków."
Jak tak na to patrzę to chyba ci lekarze byli jacyś powaleni. Skoro jednego zabiło od leków, a drugiemu zwiększają ich dawkę, to jaki ma to sens?
"22 października 1939
Padaczka S.J.[patrz koniec dziennika] brak szczególnych zdarzeń"
Niżej było dopisane:
"Padaczka pielęgniarki. Zgon na miejscu. Podejrzewana zaraza. Odizolowanie S.J. Ograniczenie kontaktu z pacjentami do minimum."
To zaczyna być nienormalne. Spojrzałam na Mike'a i Harry'go. Byli pochłonięci swoimi pracami. Nikt jeszcze nie znalazł nic godnego uwagi. Ok, wracajmy do lektury...
"23 października 1939
Przeniesienie B.J. i numeru siedem[patrz koniec dziennika] na sektor trzeci. Wykrwawienie W.B. Przyczyna: samobójstwo. Cięcia nożem w brzuch."
Wait, wait. Kto normalny daje psychopacie nóż do zabawy? Jakiś powalony ten personel. Czy tak się leczyło psycholi podczas drugiej wojny światowej? Jak niby udało im się bezpiecznie dostać tutaj? Nic im się nie stało? I o co chodzi z tym końcem dziennika?
Przewróciłam kartki i spojrzałam na ostatnią stronę. Okazało się że te skróty to inicjały pacjentów. Obok były dopiski sektorów. Wielokrotnie zmieniane. Podejrzewam, że chodziło o rygor. Im wyższy stopień tym więcej leków i badań. Straszne.
Spomiędzy kartek wyleciała jedna zupełnie luźna. Była pisana na innym papierze. Nadawca wiadomości spieszył się z jej pisaniem. Wywnioskowałam po charakterze pisma. W dodatku wszystko było zapisane w kolorze brudnej czerwieni. Czy to nie jest...nie, to nie może być krew.
"Kimkolwiek jesteś proszę uratuj nas!!! Jesteśmy zwykłymi ludźmi zamkniętymi z czystej szaleńczości lekarzy. Codziennie podają nam leki powodujące omamy, padaczkę, straszny ból, koszmary senne, a później doprowadzają do śmierci. Wariujemy tutaj! Błagamy o pomoc! Wolimy zginąć na wojnie niż tu w tych męczarniach! Zbadaj pokój trzynasty i unikaj siódemki, to..."
I tu niestety wiadomość się kończyła. O co chodziło? Kompletnie nie rozumiem. Byli chorzy, czy nie? A może rzeczywiście chorymi byli nie pacjenci a lekarze? Opowiedziałam chłopakom to co znalazłam. Mike pochwalił się innymi artykułami o zaginięciu Alex, a Harry powiedział, że znalazł kartoteki.
-To chyba tych pacjentów.-rzucił mi pożółkłe koperty.-Przeglądnij.
Odłożyłam na chwilę dziennik i wzięłam pierwszą z brzegu kartę. Były oznakowane inicjałami. Spojrzałam na listę pacjentów w dzienniku i porównywałam z kartotekami.
-W.S.-mówiłam cicho co chwilę.-Jest...
Kartoteka tego mężczyzny pokazywała jego zdjęcie i dane. Obok przypiętego zdjęcia było wpisane imię i nazwisko. Następnie data urodzenia i kiedy i dlaczego tu trafił.
-19 października 1939r. Omamy wzrokowe i słuchowe. Lunatykowanie. Agresja. Za lunatykowanie idzie się do psycholi? Lol...Próby samobójcze.-czytałam po cichu.
Później była kategoria sektory. Był wiele razy przenoszony.
"cztery, dwa, jeden, trzy, cztery, dwa, cztery, dwa."
Później zgon.
"28 lipca 1944. Przyczyna: głód."
Boże...głodzili ich? Co to jest? Ok, następna kartoteka...
"M/ K.
19 października 1939r.
Próby samobójcze, omamy, agresja.
Sektory
dwa, trzy.
Śmierć
21 października 1939. Przyczyna: przedawkowanie leków."
Następne kartoteki przebiegały podobnie. Wszyscy pacjenci trafili tutaj 19 października. Umarli maksimum po jedenastu latach przebywania tutaj. Straszne. Jak na moje wyczucie brakowało jednej kartoteki. Tej całej siódemki. Kim ona lub on jest? I czemu nadawca listu ostrzegał przed nim? Wszystko to, jest bardzo dziwne...
Subskrybuj:
Posty (Atom)