-Jakie to jest cholernie niedobre!-wrzasnął Mike po pierwszym kęsie jabłka.
Może i były trochę kwaśne i nadal zielone, no ale tonący brzytwy się chwyta, nie?
-Jedz nie marudź. Chyba że chcesz głodować.-pokazał mu język Harry i wziął jedno jabłko.-Ja pierdole.
Kiedy zjedliśmy jako takie śniadanie, postanowiliśmy ogarnąć las. Był piękny słoneczny dzień, więc zapowiadała się idealna pogoda na poszukiwanie ludzi. Jak to brzmi...
-Rozdzielmy się.-oświadczył Mike.
-Chyba cię popierdoliło.-otworzyłam szeroko oczy.
-Nie. Czemu niby? Tak będzie szybciej.
-Mike ma rację.-poparł go Harry.
-Ty też?! No proszę was.-skrzyżowałam ramiona.
-Boisz się Sami?-zapytał ze śmiechem Harry.
-Nie,-skłamałam.-ale jak niby chcecie się spotkać ponownie?-ostatnia deska ratunku.
-To proste.-mruknął Mike.-Ty pójdziesz w stronę jeziora i postarasz się wejść pod górę, tam, skąd spadliśmy, ja pójdę na tył od domu a Harry tam przez las. Będziecie co chwilę jakoś zaznaczać sobie drogę. Wracamy po godzinie tutaj i mówimy co się nam udało znaleźć.
-Genialne!-wywróciłam oczami.
-No nie?-uśmiechnął się Mike, który nie zna chyba pojęcia sarkazm.
-No to lepiej idźmy już bo jest po dwunastej.-zauważył Harry i poszedł w swoją stronę.
-Od kiedy on taki narwany do wykonywania poleceń?-zapytał mnie Mike.
Wzruszyłam tylko ramionami i poszłam w swoją stronę.
Ruszyłam spokojnie w stronę jeziora. Stanęłam na brzegu i spojrzałam w wodę. Ciemność pochłaniała wszystko. Nie mogłam nic zobaczyć. Jako, że z samochodu Harry'ego i naszych rzeczy już nic nie zostało westchnęłam ciężko i zaczęłam się rozglądać po możliwie łatwym szlaku wspinaczkowym.
Przeszłam obok nienaturalnie dużego zbiorowiska brzóz i zaczęłam wchodzić po kamieniach coraz wyżej. Kilka razy natrafiłam na luźne kamienie które później osuwały się z kawałkiem ziemi i spadały na dół. Nie mam lęku wysokości, ale z tej perspektywy wyglądało to serio strasznie.
Byłam już przy szczycie. Tam dalej powinna być droga którą przyjechaliśmy. Otrzepałam ubranie z ziemi i piasku i obróciłam się.
Otworzyłam szeroko oczy. Nie było tam drogi. Ciągnął się gęsty las którego nie mogłam ogarnąć wzrokiem.
-To niemożliwe.-szepnęłam i zaczęłam się rozglądać.
Może wspięłam się na co innego? Może wczoraj nie zwracałam uwagi a jednak przyjechaliśmy tędy? Nie, to raczej niemożliwe. Nie zmieściło by się tam nawet różowe tico. Westchnęłam i zeszłam na dół.
Schodzenie było jeszcze gorsze niż wchodzenie, ale poza obtartym ramieniem nic mi się nie stało. Spojrzałam na ekran telefonu. Nadal brak zasięgu, a do powrotu miałam jeszcze kwadrans. Wróciłam na miejsce naszego potkania. Okazało się, że chłopaki już tam byli.
-O, jesteś.-Harry spojrzał na mnie.-Ty też na to natrafiłaś?
-Na co?-zapytałam.
-Na nieprzebyty las.-Mike skrzyżował ramiona.
-Tak. Wydawało mi się że pomyliłam drogę, ale jednak nie.
-Ja i Mike mieliśmy tak samo. Nie da się przejść.
-Nadal nie ma zasięgu.
-Co teraz zrobimy?-zapytałam.
-Nie wiem.-Harry zaśmiał się nerwowo.-Na prawdę nie wiem.
Usiadłam w salonie opierając łokcie na kolonach. Zaczęłam myśleć. Las nie mógł tak sobie...to niemożliwe. Jesteśmy tu uwięzieni, chyba, że znajdziemy piłę mechaniczną, czy coś w tym stylu. Jest mi zimno, nie mamy co jeść. Brak jakiegokolwiek kontaktu z ludzkością. To nienormalne. Czuję się jak w psychiatryku.
Byłam w domu sama. Harry i Mike powiedzieli, że idą ogarnąć resztę okolicy. Może z innych stron nie jest tak samo? Mam nadzieję.
*kilka godzin później*
Jest godzina dwudziesta. Robi się ciemno, chłopaków dalej nie ma, a ja się boję! Spojrzałam nerwowo w okno. Może się zgubili? Może coś znaleźli i dalej przedzierają się przez las? Może jednak znaleźli ludzkość i mnie zostawili? Może coś im się stało? Za dużo pytań!
Usłyszałam jak otwierają się drzwi. Do domu wszedł Mike i Harry.
-No nareszcie jesteście!-stanęłam przed nimi.-I jak? Macie coś?
-Nic.-westchnął Mike.-Wszędzie to samo.
-Obeszliśmy wszystko.-dorzucił Harry.
-Była taka jedna mała uliczka, ale dość wąska. Poza tym odkryliśmy ją dość późno, więc postanowiliśmy ogarnąć to jutro wspólne.
-Jaka szkoda że nie ma z nami Linkinów!-oparłam się o ścianę.-Pogadałabym z Chesterem, na pewno miałby jakiś plan.
-A Joe wyskoczyłby z wiertarką. Taak...-uśmiechnął się Mike.
-Tak...ja...ja też żałuję, że ich tu nie ma.-mruknął Harry.
Przypomniały mi się studia w Newcastle West w Irlandii. Tam spotkaliśmy Linkin Park. Pracowali nad nowym albumem, który okazał się sukcesem. Nawet dali tam wzmianki o nas! Czułam radochę kiedy patrzyłam na kontakty w moim telefonie i widziałam ich imiona i nazwiska. Ich prawdziwe numery telefonu...skarb.
-Żyjesz Sami?-zapytał Harry.
-Tak.-kiwnęłam głową. Zrobiło mi się strasznie żal, i poczułam nagłą ochotę poużalania się nad sobą i swoim losem.-Chłopaki? Co wy na to żeby ogarnąć te kartki co leżą na biurku na górze?
-Aha, te takie co wczoraj przeglądałaś.-zakapował Harry.
-Mhm. Dowiedziałam się trochę o tym miejscu...-zaczęłam chłopakom opowiadać tą historię z Alex, i o tym czym był ten dom kiedyś.
Chyba ich wciągnęło, bo od razu postanowili iść na górę.
-Harry, przeglądasz zdjęcia. Ty bierzesz te papiery, ja te. Jak znajdziecie coś ciekawego to mówcie.-rozdzielił zadania Mike i wzięliśmy się do roboty.
Pierwsze co było na stercie papierów które miałam ogarnąć to dziennik.
Otworzyłam go i spojrzałam na pierwszą stronę.
"19 października 1939
Zakwaterowanie pacjentów. Podanie leków. Dodatkowe leki dla W.S.[patrz koniec dziennika] 19.40 przybycie dwóch pacjentów. Dołączenie ich do sektora czwartego."
Zapowiada się ciekawie. To chyba zapis tego co tu się działo. Ok, następna strona.
"20 października 1939
brak szczególnych zdarzeń"
Serio? Ok, next...
"21 października 1939
Śmierć M.K.[patrz koniec dziennika] Przyczyna: prawdopodobne przedawkowanie leku. Furia jednego z pacjentów. Przeniesienie z sektora drugiego do czwartego. Zwiększenie dawki leków."
Jak tak na to patrzę to chyba ci lekarze byli jacyś powaleni. Skoro jednego zabiło od leków, a drugiemu zwiększają ich dawkę, to jaki ma to sens?
"22 października 1939
Padaczka S.J.[patrz koniec dziennika] brak szczególnych zdarzeń"
Niżej było dopisane:
"Padaczka pielęgniarki. Zgon na miejscu. Podejrzewana zaraza. Odizolowanie S.J. Ograniczenie kontaktu z pacjentami do minimum."
To zaczyna być nienormalne. Spojrzałam na Mike'a i Harry'go. Byli pochłonięci swoimi pracami. Nikt jeszcze nie znalazł nic godnego uwagi. Ok, wracajmy do lektury...
"23 października 1939
Przeniesienie B.J. i numeru siedem[patrz koniec dziennika] na sektor trzeci. Wykrwawienie W.B. Przyczyna: samobójstwo. Cięcia nożem w brzuch."
Wait, wait. Kto normalny daje psychopacie nóż do zabawy? Jakiś powalony ten personel. Czy tak się leczyło psycholi podczas drugiej wojny światowej? Jak niby udało im się bezpiecznie dostać tutaj? Nic im się nie stało? I o co chodzi z tym końcem dziennika?
Przewróciłam kartki i spojrzałam na ostatnią stronę. Okazało się że te skróty to inicjały pacjentów. Obok były dopiski sektorów. Wielokrotnie zmieniane. Podejrzewam, że chodziło o rygor. Im wyższy stopień tym więcej leków i badań. Straszne.
Spomiędzy kartek wyleciała jedna zupełnie luźna. Była pisana na innym papierze. Nadawca wiadomości spieszył się z jej pisaniem. Wywnioskowałam po charakterze pisma. W dodatku wszystko było zapisane w kolorze brudnej czerwieni. Czy to nie jest...nie, to nie może być krew.
"Kimkolwiek jesteś proszę uratuj nas!!! Jesteśmy zwykłymi ludźmi zamkniętymi z czystej szaleńczości lekarzy. Codziennie podają nam leki powodujące omamy, padaczkę, straszny ból, koszmary senne, a później doprowadzają do śmierci. Wariujemy tutaj! Błagamy o pomoc! Wolimy zginąć na wojnie niż tu w tych męczarniach! Zbadaj pokój trzynasty i unikaj siódemki, to..."
I tu niestety wiadomość się kończyła. O co chodziło? Kompletnie nie rozumiem. Byli chorzy, czy nie? A może rzeczywiście chorymi byli nie pacjenci a lekarze? Opowiedziałam chłopakom to co znalazłam. Mike pochwalił się innymi artykułami o zaginięciu Alex, a Harry powiedział, że znalazł kartoteki.
-To chyba tych pacjentów.-rzucił mi pożółkłe koperty.-Przeglądnij.
Odłożyłam na chwilę dziennik i wzięłam pierwszą z brzegu kartę. Były oznakowane inicjałami. Spojrzałam na listę pacjentów w dzienniku i porównywałam z kartotekami.
-W.S.-mówiłam cicho co chwilę.-Jest...
Kartoteka tego mężczyzny pokazywała jego zdjęcie i dane. Obok przypiętego zdjęcia było wpisane imię i nazwisko. Następnie data urodzenia i kiedy i dlaczego tu trafił.
-19 października 1939r. Omamy wzrokowe i słuchowe. Lunatykowanie. Agresja. Za lunatykowanie idzie się do psycholi? Lol...Próby samobójcze.-czytałam po cichu.
Później była kategoria sektory. Był wiele razy przenoszony.
"cztery, dwa, jeden, trzy, cztery, dwa, cztery, dwa."
Później zgon.
"28 lipca 1944. Przyczyna: głód."
Boże...głodzili ich? Co to jest? Ok, następna kartoteka...
"M/ K.
19 października 1939r.
Próby samobójcze, omamy, agresja.
Sektory
dwa, trzy.
Śmierć
21 października 1939. Przyczyna: przedawkowanie leków."
Następne kartoteki przebiegały podobnie. Wszyscy pacjenci trafili tutaj 19 października. Umarli maksimum po jedenastu latach przebywania tutaj. Straszne. Jak na moje wyczucie brakowało jednej kartoteki. Tej całej siódemki. Kim ona lub on jest? I czemu nadawca listu ostrzegał przed nim? Wszystko to, jest bardzo dziwne...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz