-Na pewno nic ci się nie przywidziało?-zapytał mnie Mike po tym, jak opowiedziałam o tym wszystkim chłopakom.
-Nie.-pokręciłam głową.-To było straszne. Bałam się i czułam...-zamknęłam oczy.-Nie chcę do tego wracać.
-Tylko jedno pytanie.-przerwał Harry.-To coś trzymało cię za ramię?
-Tak.-pokiwałam głową i podniosłam rękaw. Widniało tam zaczerwienienie w kształcie reki owiniętej wokół mojego ramienia.
Chłopaki przypatrzyli się temu.
-To...niemożliwe.-szepnął Mike.
-Wierzycie mi?-zapytałam drżącym głosem.-Wierzycie?
-Tak.-odpowiedzieli po chwili.
-Chcę stąd uciekać. Jak najszybciej. Nie powinniśmy tu być. Zrobiliśmy coś, czego robić nie powinniśmy. Nie wiem czy to ukradnięcie kartoteki, dochodzenie co tu się stało, wejście do domu czy wyjazd z Harry'm. Jak zwykle coś spieprzyliśmy.
-Co jest w tej kartotece?-zapytał Mike.
-Siódemka.-położyłam kopertę na stole.-Tajemniczy pacjent, którego określają jako siódemka.
Drżącą dłonią otworzyłam kopertę i wyciągnęłam plik kartek. Kartoteka x stała przed nami otworem. Tylko pytanie. Warto to otwierać?
-Otwieramy?-zapytałam.
Chłopaki w milczeniu patrzyli na siebie, na kartotekę i na mnie.
-Tak, czy nie?-zapytałam znów.
-Otwieraj.-powiedział po chwili Mike.
Położyłam dłoń na kartotece i otworzyłam ją.
Zapowiadała się jak każda inna. Z tym wyjątkiem, że nie było tam zdjęcia. Żadnego. Zaczęłam czytać dane.
-Imię i nazwisko, brak. Data trafienia, 31 lipca 1939 roku. Powody trafienia, brak. Sektory. Cztery, cztery, cztery, pięć, pięć, pięć, pięć, pięć, sześć. Śmierć. Data-zatrzymałam się na chwilę.-brak. Przyczyny, brak.
Odłożyłam pierwszą stronę na bok i spojrzałam na drugą. Jednak były tam zdjęcia. Bardzo dużo zdjęć. Na każdym była postać której twarz była zamazana czerwonym x. Nie było widać twarzy siódemki. Ktoś chciał zatuszować jego tożsamość. Ostatnie zdjęcie było bardzo dziwne. To była tajemnicza siódemka. Unosiła się nad ziemią. Jakieś pięć metrów. Jakby latała. Zdjęcie było czarno-białe. Obok było kilka pielęgniarek patrzących na lewitującą siódemkę.
-I to jest ten wielki sekret siódemki?-zapytał Harry.
-Nie wydaje ci się to dziwne? Ktokolwiek to jest lewituje sobie pięć metrów nad ziemią, nie pokazuje swojej twarzy. Nawet w kartotece nie ma podstawowych informacji.-wyliczał Mike.
Zamknęłam kartotekę i włożyłam ją do koperty. Za oknem robiło się ciemno. Nagle wszystkie światła rozbłysły i się zapaliły.
-Mamy światło.-zauważył Harry.
-I nie wyłączaj go.-mruknął Mike.
-Ok, ok.-podniósł ręce do góry.
-Mam stracha.-przyznałam się.
-Nie bój się Sami. Najgorsze już za nami.-pocieszył mnie Mike.
"Mam nadzieję"-pomyślałam.
Zaczynałam czuć się jak w tym horrorze. Dom w głębi lasu. Albo jak w Mamie. Tylko że na końcu Mamy chciało mi się płakać. Na serio fajny film.
-Co robimy?-zapytał Harry.
-Ja...zaraz wrócę.-wstałam. Poczułam jak robi mi się bardzo gorąco.
Poszłam do łazienki. Zamknęłam drzwi i starałam się ochłonąć przed lustrem. Stopniowo robiło mi się coraz chłodniej. A później chłód, przerodził się w zimno.
Oparłam dłonie o ścianę i spojrzałam do lustra. Odskoczyłam od niego. Widniał tam czerwony napis "Zaczynamy grę". Spojrzałam jeszcze raz do lustra. W uchylonych drzwiach stała postać.
-Gracie?-ten sam głos co przedtem.
Lustro natychmiast roztrzaskało się na kawałki a ja zakryłam twarz dłońmi. Czułam jak wali mi serce. Po chwili usłyszałam Harry'ego.
-Samara? Co jest?-chyba stał przede mną.
Otworzyłam oczy. Tak. Na wprost mnie stał Harry.
-Znowu to widziałam.-powiedziałam drżącym głosem.
Usiadłam w salonie. Tego było zbyt wiele jak na jeden dzień. Boję się, że to dopiero początek.
-Co się w ogóle stało?-zapytał Mike.
-Byłam w łazience przed lustrem.-zaczęłam opowiadać. Nadal czułam dreszcze.-Kiedy podniosłam głowę, zobaczyłam czerwony napis 'zaczynamy grę'. Później w drzwiach stało to samo coś co mnie trzymało za rękę. Było w białej sukience do kostek. Blada skóra. Nie widziałam twarzy.-przerwałam.
-Co dalej?-zapytał Harry.
-Zapytało.-popatrzyłam na nich.-Zapytało czy gramy.
Who is Seven?
Historia grupki przyjaciół...
wtorek, 12 listopada 2013
środa, 6 listopada 2013
Rozdział 7 "Strach"
Tak bardzo byliśmy tym pochłonięci, że nie zauważyliśmy jak zapadła głęboka noc a później ranek. Jakoś koło piątej odłożyliśmy wszystkie kartki i zaczęliśmy rozmawiać o tym co znaleźliśmy.
-Ja niewiele.-zaczął Mike.-Jeszcze więcej artykułów o Alex. Trochę o drugiej wojnie światowej i...o Czarnobylu!-wykrzyknął z radością.
Mike ma hopla na punkcie Czarnobyla. Jak się stąd wydostaniemy to kolejnym jego celem będzie właśnie Czarnobyl. Tylko, że ja nie jadę. Zbyt bardzo się boję że skończymy wśród napromieniowańców którzy ponoć nadal się tam błąkają...
-Ja mam zdjęcia klapy i tej grupki przyjaciół, jakiegoś korytarza, ludzi w białych fartuchach i na razie tyle.-oświadczył Harry.
-A ja tylko o pacjentach i o pojebanych metodach leczenia.-wzruszyłam ramionami.-Chce sie wam spać?
-Mi się chciało, ale jak zobaczyłem że pracujecie to wróciłem do przeglądania.-odpowiedział Harry.
-A mi nie. Sen jest...
-Dla śmiertelników.-dokończyłam za Mike'a. Tak, tak.
-To mam pomysł. Chodźcie na tą dróżkę co wczoraj chcieliście sprawdzić.-oświadczyłam.
-Lajcik.-uśmiechnął sie Harry.
Wyszliśmy na zewnątrz. Był piękny słoneczny dzień. Tkwiliśmy tu już trzy dni. Kolejna nadzieja na wydostanie się stąd pojawiła się na horyzoncie.
Ruszyliśmy do tej ścieżki. Rzeczywiście. Była wąska i mało dostrzegalna, ale na końcu majaczył jakiś mały budyneczek.
-Chodźcie.-prowadził Harry.
Przecisnęliśmy się przez gałęzie i zwalone pnie drzew. Serio nie było łatwo. Droga okropnie się dłużyła, a ja o mało co nie wyrżnęłam kilka razy.
-Wszyscy cali?-zapytał Mike kiedy byliśmy już na końcu.
-Nie, moja druga połowa zbiera się z ziemi.-mruknęłam wyplątując z włosów suche liście.
-Ok. Wow...-Harry rozejrzał się.
Na serio wow. Drzewa tworzyły tu coś w rodzaju kopuły. Ich korony były tak splątanie, że tworzyły sufit, przez który na prawdę rzadko przeciskał się promień słoneczny.
Z zamyśleń wyrwało mnie brzęczenie. Telefon Harry'ego.
-Ktoś dzwoni?!-wrzasnęłam z Mike'm.
-Heh...nie. Bateria mi zaraz padnie.-uśmiechnął sie przepraszająco.
-No to jeden telefon mniej.-mruknął Mike.-Jest tu zasięg?
-A jak myślisz?-zapytał Harry.
-Czyli nie.-popatrzyłam jeszcze raz na wszystko i podeszłam bliżej małego budynku.
-Uuu Sami hardkoży.-zaśmiał się Mike.
-Nie, to po prostu...-podeszłam do drzwi i popchnęłam je lekko.-ciekawość.-otworzyły się z cichym skrzypnięciem.
Budynek był tak na prawdę pokojem. A ściślej gabinetem. Stało tam biurko, podniszczone krzesło i białe szafki.
Coś mnie ciągnęło do środka. Podeszłam do biurka i spojrzałam na blat.
Za mną byli Mike i Harry. Patrzyli na białe szafki.
-Czemu ja czuję insulinę?-mruknął Harry.
-W środku są leki.-oświadczył Mike wskazując na szafki.
Otworzyłam jedną z szuflad biurka. Pod stertą czystych kartek znalazłam jedną kartotekę. Nieoznaczoną z zewnątrz. Był na niej tylko czerwony 'x'. Ostrożnie wyciągnęłam po nią dłoń.
Nagle drzwi gwałtownie się zatrzasnęły. Wrzasnęłam i zrobiło się bardzo ciemno. Nie było tu okien, ani lampy. Poczułam dreszcze na plecach.
-Sami, Harry?-to był głos Mike'a.
-Obecny.-odezwał się Harry.
-Sami?-ponownie zapytał Mike.
Poczułam dłoń na ramieniu. Zimną. Zacisnęła się na ramieniu jak sznur.
-Chłopaki.-szepnęłam.-Boję się.
-Nie ma czego. Zaraz znajdę drzwi.-Mike zaczął chodzić po pokoju.
Uścisk na mojej dłoni nie ustępował.
-Harry.-szepnęłam znowu.
-Hm?
-Puść, proszę.
-Ale ja nic nie trzymam.
Zaczęłam coraz szybciej oddychać. Ciało stało się kamieniem. Puls gwałtownie przyspieszył.
-Skoro ty mnie nie trzymasz, a Mike chodzi po pokoju.-przełknęłam głośno ślinę.-To...kto?
Drzwi otworzyły się jakby popchnięte przeciągiem i zobaczyłam w lustrze czarny cień za sobą. Trzymał mnie za ramię.
-Boję się.-usłyszałam cichy głos.
Wrzasnęłam i uderzyłam z całej siły w szafkę. Butelki z lekami poleciały na ziemię. Usłyszałam chrzęst metalu, który właśnie się przewracał na mnie. Przykryłam dłoniami twarz i...i nic.
Odważyłam się spojrzeć w górę. Harry przytrzymywał metalową szafkę.
-Wstawaj! Długo nie wytrzymam!
Szybko przeniosłam się w stronę drzwi. Serce dalej mi waliło a oddech był jeszcze szybszy. Harry puścił półkę która uderzyła głośno o ziemię. Popatrzyłam na to wszystko. Wokół walało się szkło z butelek. Wszędzie były rozlane leki i porozsypywane tabletki. Ściskałam w dłoniach kartotekę patrząc na wszystko szeroko otwartymi oczami.
Popatrzyłam na Harry'ego i natychmiast zaniosłam się płaczem. To wszystko było straszne. Historia z psychiatrykiem, zaginięcie dziewczyny, uwięzieni my, a do tego to...to coś! Po prostu nie wytrzymałam.
-Sami co jest? Co jej jest?-to był głos Mike'a.
-Nie mam pojęcia. Kiedy tylko otworzyłeś drzwi uderzyła o szafkę i wszystko poleciało.
Czy oni tego nie widzeli? A może to ja zaczynam mieć urojenia? Boję się, że uwolniliśmy jakieś zło, a powrót do domu nie będzie zwykłym opuszczeniem lasu.
Wróciliśmy do domu a ja nadal nie umiałam się pozbierać. Usiadłam w salonie. Moje dłonie jakby zakleszczyły się na kartotece x. Patrzyłam nieobecnym wzrokiem przed siebie. Kiedy już się uspokoiłam zaczęły docierać do mnie rozmowy chłopaków.
-Sami? Sami, powiedz coś.-Harry siedział naprzeciw mnie.
Zamrugałam kilka razy oczami i popatrzyłam na niego.
-Boję się.-wyszeptałam.
-Ja niewiele.-zaczął Mike.-Jeszcze więcej artykułów o Alex. Trochę o drugiej wojnie światowej i...o Czarnobylu!-wykrzyknął z radością.
Mike ma hopla na punkcie Czarnobyla. Jak się stąd wydostaniemy to kolejnym jego celem będzie właśnie Czarnobyl. Tylko, że ja nie jadę. Zbyt bardzo się boję że skończymy wśród napromieniowańców którzy ponoć nadal się tam błąkają...
-Ja mam zdjęcia klapy i tej grupki przyjaciół, jakiegoś korytarza, ludzi w białych fartuchach i na razie tyle.-oświadczył Harry.
-A ja tylko o pacjentach i o pojebanych metodach leczenia.-wzruszyłam ramionami.-Chce sie wam spać?
-Mi się chciało, ale jak zobaczyłem że pracujecie to wróciłem do przeglądania.-odpowiedział Harry.
-A mi nie. Sen jest...
-Dla śmiertelników.-dokończyłam za Mike'a. Tak, tak.
-To mam pomysł. Chodźcie na tą dróżkę co wczoraj chcieliście sprawdzić.-oświadczyłam.
-Lajcik.-uśmiechnął sie Harry.
Wyszliśmy na zewnątrz. Był piękny słoneczny dzień. Tkwiliśmy tu już trzy dni. Kolejna nadzieja na wydostanie się stąd pojawiła się na horyzoncie.
Ruszyliśmy do tej ścieżki. Rzeczywiście. Była wąska i mało dostrzegalna, ale na końcu majaczył jakiś mały budyneczek.
-Chodźcie.-prowadził Harry.
Przecisnęliśmy się przez gałęzie i zwalone pnie drzew. Serio nie było łatwo. Droga okropnie się dłużyła, a ja o mało co nie wyrżnęłam kilka razy.
-Wszyscy cali?-zapytał Mike kiedy byliśmy już na końcu.
-Nie, moja druga połowa zbiera się z ziemi.-mruknęłam wyplątując z włosów suche liście.
-Ok. Wow...-Harry rozejrzał się.
Na serio wow. Drzewa tworzyły tu coś w rodzaju kopuły. Ich korony były tak splątanie, że tworzyły sufit, przez który na prawdę rzadko przeciskał się promień słoneczny.
Z zamyśleń wyrwało mnie brzęczenie. Telefon Harry'ego.
-Ktoś dzwoni?!-wrzasnęłam z Mike'm.
-Heh...nie. Bateria mi zaraz padnie.-uśmiechnął sie przepraszająco.
-No to jeden telefon mniej.-mruknął Mike.-Jest tu zasięg?
-A jak myślisz?-zapytał Harry.
-Czyli nie.-popatrzyłam jeszcze raz na wszystko i podeszłam bliżej małego budynku.
-Uuu Sami hardkoży.-zaśmiał się Mike.
-Nie, to po prostu...-podeszłam do drzwi i popchnęłam je lekko.-ciekawość.-otworzyły się z cichym skrzypnięciem.
Budynek był tak na prawdę pokojem. A ściślej gabinetem. Stało tam biurko, podniszczone krzesło i białe szafki.
Coś mnie ciągnęło do środka. Podeszłam do biurka i spojrzałam na blat.
Za mną byli Mike i Harry. Patrzyli na białe szafki.
-Czemu ja czuję insulinę?-mruknął Harry.
-W środku są leki.-oświadczył Mike wskazując na szafki.
Otworzyłam jedną z szuflad biurka. Pod stertą czystych kartek znalazłam jedną kartotekę. Nieoznaczoną z zewnątrz. Był na niej tylko czerwony 'x'. Ostrożnie wyciągnęłam po nią dłoń.
Nagle drzwi gwałtownie się zatrzasnęły. Wrzasnęłam i zrobiło się bardzo ciemno. Nie było tu okien, ani lampy. Poczułam dreszcze na plecach.
-Sami, Harry?-to był głos Mike'a.
-Obecny.-odezwał się Harry.
-Sami?-ponownie zapytał Mike.
Poczułam dłoń na ramieniu. Zimną. Zacisnęła się na ramieniu jak sznur.
-Chłopaki.-szepnęłam.-Boję się.
-Nie ma czego. Zaraz znajdę drzwi.-Mike zaczął chodzić po pokoju.
Uścisk na mojej dłoni nie ustępował.
-Harry.-szepnęłam znowu.
-Hm?
-Puść, proszę.
-Ale ja nic nie trzymam.
Zaczęłam coraz szybciej oddychać. Ciało stało się kamieniem. Puls gwałtownie przyspieszył.
-Skoro ty mnie nie trzymasz, a Mike chodzi po pokoju.-przełknęłam głośno ślinę.-To...kto?
Drzwi otworzyły się jakby popchnięte przeciągiem i zobaczyłam w lustrze czarny cień za sobą. Trzymał mnie za ramię.
-Boję się.-usłyszałam cichy głos.
Wrzasnęłam i uderzyłam z całej siły w szafkę. Butelki z lekami poleciały na ziemię. Usłyszałam chrzęst metalu, który właśnie się przewracał na mnie. Przykryłam dłoniami twarz i...i nic.
Odważyłam się spojrzeć w górę. Harry przytrzymywał metalową szafkę.
-Wstawaj! Długo nie wytrzymam!
Szybko przeniosłam się w stronę drzwi. Serce dalej mi waliło a oddech był jeszcze szybszy. Harry puścił półkę która uderzyła głośno o ziemię. Popatrzyłam na to wszystko. Wokół walało się szkło z butelek. Wszędzie były rozlane leki i porozsypywane tabletki. Ściskałam w dłoniach kartotekę patrząc na wszystko szeroko otwartymi oczami.
Popatrzyłam na Harry'ego i natychmiast zaniosłam się płaczem. To wszystko było straszne. Historia z psychiatrykiem, zaginięcie dziewczyny, uwięzieni my, a do tego to...to coś! Po prostu nie wytrzymałam.
-Sami co jest? Co jej jest?-to był głos Mike'a.
-Nie mam pojęcia. Kiedy tylko otworzyłeś drzwi uderzyła o szafkę i wszystko poleciało.
Czy oni tego nie widzeli? A może to ja zaczynam mieć urojenia? Boję się, że uwolniliśmy jakieś zło, a powrót do domu nie będzie zwykłym opuszczeniem lasu.
Wróciliśmy do domu a ja nadal nie umiałam się pozbierać. Usiadłam w salonie. Moje dłonie jakby zakleszczyły się na kartotece x. Patrzyłam nieobecnym wzrokiem przed siebie. Kiedy już się uspokoiłam zaczęły docierać do mnie rozmowy chłopaków.
-Sami? Sami, powiedz coś.-Harry siedział naprzeciw mnie.
Zamrugałam kilka razy oczami i popatrzyłam na niego.
-Boję się.-wyszeptałam.
sobota, 2 listopada 2013
Rozdział 6 "Informacje"
-Jakie to jest cholernie niedobre!-wrzasnął Mike po pierwszym kęsie jabłka.
Może i były trochę kwaśne i nadal zielone, no ale tonący brzytwy się chwyta, nie?
-Jedz nie marudź. Chyba że chcesz głodować.-pokazał mu język Harry i wziął jedno jabłko.-Ja pierdole.
Kiedy zjedliśmy jako takie śniadanie, postanowiliśmy ogarnąć las. Był piękny słoneczny dzień, więc zapowiadała się idealna pogoda na poszukiwanie ludzi. Jak to brzmi...
-Rozdzielmy się.-oświadczył Mike.
-Chyba cię popierdoliło.-otworzyłam szeroko oczy.
-Nie. Czemu niby? Tak będzie szybciej.
-Mike ma rację.-poparł go Harry.
-Ty też?! No proszę was.-skrzyżowałam ramiona.
-Boisz się Sami?-zapytał ze śmiechem Harry.
-Nie,-skłamałam.-ale jak niby chcecie się spotkać ponownie?-ostatnia deska ratunku.
-To proste.-mruknął Mike.-Ty pójdziesz w stronę jeziora i postarasz się wejść pod górę, tam, skąd spadliśmy, ja pójdę na tył od domu a Harry tam przez las. Będziecie co chwilę jakoś zaznaczać sobie drogę. Wracamy po godzinie tutaj i mówimy co się nam udało znaleźć.
-Genialne!-wywróciłam oczami.
-No nie?-uśmiechnął się Mike, który nie zna chyba pojęcia sarkazm.
-No to lepiej idźmy już bo jest po dwunastej.-zauważył Harry i poszedł w swoją stronę.
-Od kiedy on taki narwany do wykonywania poleceń?-zapytał mnie Mike.
Wzruszyłam tylko ramionami i poszłam w swoją stronę.
Ruszyłam spokojnie w stronę jeziora. Stanęłam na brzegu i spojrzałam w wodę. Ciemność pochłaniała wszystko. Nie mogłam nic zobaczyć. Jako, że z samochodu Harry'ego i naszych rzeczy już nic nie zostało westchnęłam ciężko i zaczęłam się rozglądać po możliwie łatwym szlaku wspinaczkowym.
Przeszłam obok nienaturalnie dużego zbiorowiska brzóz i zaczęłam wchodzić po kamieniach coraz wyżej. Kilka razy natrafiłam na luźne kamienie które później osuwały się z kawałkiem ziemi i spadały na dół. Nie mam lęku wysokości, ale z tej perspektywy wyglądało to serio strasznie.
Byłam już przy szczycie. Tam dalej powinna być droga którą przyjechaliśmy. Otrzepałam ubranie z ziemi i piasku i obróciłam się.
Otworzyłam szeroko oczy. Nie było tam drogi. Ciągnął się gęsty las którego nie mogłam ogarnąć wzrokiem.
-To niemożliwe.-szepnęłam i zaczęłam się rozglądać.
Może wspięłam się na co innego? Może wczoraj nie zwracałam uwagi a jednak przyjechaliśmy tędy? Nie, to raczej niemożliwe. Nie zmieściło by się tam nawet różowe tico. Westchnęłam i zeszłam na dół.
Schodzenie było jeszcze gorsze niż wchodzenie, ale poza obtartym ramieniem nic mi się nie stało. Spojrzałam na ekran telefonu. Nadal brak zasięgu, a do powrotu miałam jeszcze kwadrans. Wróciłam na miejsce naszego potkania. Okazało się, że chłopaki już tam byli.
-O, jesteś.-Harry spojrzał na mnie.-Ty też na to natrafiłaś?
-Na co?-zapytałam.
-Na nieprzebyty las.-Mike skrzyżował ramiona.
-Tak. Wydawało mi się że pomyliłam drogę, ale jednak nie.
-Ja i Mike mieliśmy tak samo. Nie da się przejść.
-Nadal nie ma zasięgu.
-Co teraz zrobimy?-zapytałam.
-Nie wiem.-Harry zaśmiał się nerwowo.-Na prawdę nie wiem.
Usiadłam w salonie opierając łokcie na kolonach. Zaczęłam myśleć. Las nie mógł tak sobie...to niemożliwe. Jesteśmy tu uwięzieni, chyba, że znajdziemy piłę mechaniczną, czy coś w tym stylu. Jest mi zimno, nie mamy co jeść. Brak jakiegokolwiek kontaktu z ludzkością. To nienormalne. Czuję się jak w psychiatryku.
Byłam w domu sama. Harry i Mike powiedzieli, że idą ogarnąć resztę okolicy. Może z innych stron nie jest tak samo? Mam nadzieję.
*kilka godzin później*
Jest godzina dwudziesta. Robi się ciemno, chłopaków dalej nie ma, a ja się boję! Spojrzałam nerwowo w okno. Może się zgubili? Może coś znaleźli i dalej przedzierają się przez las? Może jednak znaleźli ludzkość i mnie zostawili? Może coś im się stało? Za dużo pytań!
Usłyszałam jak otwierają się drzwi. Do domu wszedł Mike i Harry.
-No nareszcie jesteście!-stanęłam przed nimi.-I jak? Macie coś?
-Nic.-westchnął Mike.-Wszędzie to samo.
-Obeszliśmy wszystko.-dorzucił Harry.
-Była taka jedna mała uliczka, ale dość wąska. Poza tym odkryliśmy ją dość późno, więc postanowiliśmy ogarnąć to jutro wspólne.
-Jaka szkoda że nie ma z nami Linkinów!-oparłam się o ścianę.-Pogadałabym z Chesterem, na pewno miałby jakiś plan.
-A Joe wyskoczyłby z wiertarką. Taak...-uśmiechnął się Mike.
-Tak...ja...ja też żałuję, że ich tu nie ma.-mruknął Harry.
Przypomniały mi się studia w Newcastle West w Irlandii. Tam spotkaliśmy Linkin Park. Pracowali nad nowym albumem, który okazał się sukcesem. Nawet dali tam wzmianki o nas! Czułam radochę kiedy patrzyłam na kontakty w moim telefonie i widziałam ich imiona i nazwiska. Ich prawdziwe numery telefonu...skarb.
-Żyjesz Sami?-zapytał Harry.
-Tak.-kiwnęłam głową. Zrobiło mi się strasznie żal, i poczułam nagłą ochotę poużalania się nad sobą i swoim losem.-Chłopaki? Co wy na to żeby ogarnąć te kartki co leżą na biurku na górze?
-Aha, te takie co wczoraj przeglądałaś.-zakapował Harry.
-Mhm. Dowiedziałam się trochę o tym miejscu...-zaczęłam chłopakom opowiadać tą historię z Alex, i o tym czym był ten dom kiedyś.
Chyba ich wciągnęło, bo od razu postanowili iść na górę.
-Harry, przeglądasz zdjęcia. Ty bierzesz te papiery, ja te. Jak znajdziecie coś ciekawego to mówcie.-rozdzielił zadania Mike i wzięliśmy się do roboty.
Pierwsze co było na stercie papierów które miałam ogarnąć to dziennik.
Otworzyłam go i spojrzałam na pierwszą stronę.
"19 października 1939
Zakwaterowanie pacjentów. Podanie leków. Dodatkowe leki dla W.S.[patrz koniec dziennika] 19.40 przybycie dwóch pacjentów. Dołączenie ich do sektora czwartego."
Zapowiada się ciekawie. To chyba zapis tego co tu się działo. Ok, następna strona.
"20 października 1939
brak szczególnych zdarzeń"
Serio? Ok, next...
"21 października 1939
Śmierć M.K.[patrz koniec dziennika] Przyczyna: prawdopodobne przedawkowanie leku. Furia jednego z pacjentów. Przeniesienie z sektora drugiego do czwartego. Zwiększenie dawki leków."
Jak tak na to patrzę to chyba ci lekarze byli jacyś powaleni. Skoro jednego zabiło od leków, a drugiemu zwiększają ich dawkę, to jaki ma to sens?
"22 października 1939
Padaczka S.J.[patrz koniec dziennika] brak szczególnych zdarzeń"
Niżej było dopisane:
"Padaczka pielęgniarki. Zgon na miejscu. Podejrzewana zaraza. Odizolowanie S.J. Ograniczenie kontaktu z pacjentami do minimum."
To zaczyna być nienormalne. Spojrzałam na Mike'a i Harry'go. Byli pochłonięci swoimi pracami. Nikt jeszcze nie znalazł nic godnego uwagi. Ok, wracajmy do lektury...
"23 października 1939
Przeniesienie B.J. i numeru siedem[patrz koniec dziennika] na sektor trzeci. Wykrwawienie W.B. Przyczyna: samobójstwo. Cięcia nożem w brzuch."
Wait, wait. Kto normalny daje psychopacie nóż do zabawy? Jakiś powalony ten personel. Czy tak się leczyło psycholi podczas drugiej wojny światowej? Jak niby udało im się bezpiecznie dostać tutaj? Nic im się nie stało? I o co chodzi z tym końcem dziennika?
Przewróciłam kartki i spojrzałam na ostatnią stronę. Okazało się że te skróty to inicjały pacjentów. Obok były dopiski sektorów. Wielokrotnie zmieniane. Podejrzewam, że chodziło o rygor. Im wyższy stopień tym więcej leków i badań. Straszne.
Spomiędzy kartek wyleciała jedna zupełnie luźna. Była pisana na innym papierze. Nadawca wiadomości spieszył się z jej pisaniem. Wywnioskowałam po charakterze pisma. W dodatku wszystko było zapisane w kolorze brudnej czerwieni. Czy to nie jest...nie, to nie może być krew.
"Kimkolwiek jesteś proszę uratuj nas!!! Jesteśmy zwykłymi ludźmi zamkniętymi z czystej szaleńczości lekarzy. Codziennie podają nam leki powodujące omamy, padaczkę, straszny ból, koszmary senne, a później doprowadzają do śmierci. Wariujemy tutaj! Błagamy o pomoc! Wolimy zginąć na wojnie niż tu w tych męczarniach! Zbadaj pokój trzynasty i unikaj siódemki, to..."
I tu niestety wiadomość się kończyła. O co chodziło? Kompletnie nie rozumiem. Byli chorzy, czy nie? A może rzeczywiście chorymi byli nie pacjenci a lekarze? Opowiedziałam chłopakom to co znalazłam. Mike pochwalił się innymi artykułami o zaginięciu Alex, a Harry powiedział, że znalazł kartoteki.
-To chyba tych pacjentów.-rzucił mi pożółkłe koperty.-Przeglądnij.
Odłożyłam na chwilę dziennik i wzięłam pierwszą z brzegu kartę. Były oznakowane inicjałami. Spojrzałam na listę pacjentów w dzienniku i porównywałam z kartotekami.
-W.S.-mówiłam cicho co chwilę.-Jest...
Kartoteka tego mężczyzny pokazywała jego zdjęcie i dane. Obok przypiętego zdjęcia było wpisane imię i nazwisko. Następnie data urodzenia i kiedy i dlaczego tu trafił.
-19 października 1939r. Omamy wzrokowe i słuchowe. Lunatykowanie. Agresja. Za lunatykowanie idzie się do psycholi? Lol...Próby samobójcze.-czytałam po cichu.
Później była kategoria sektory. Był wiele razy przenoszony.
"cztery, dwa, jeden, trzy, cztery, dwa, cztery, dwa."
Później zgon.
"28 lipca 1944. Przyczyna: głód."
Boże...głodzili ich? Co to jest? Ok, następna kartoteka...
"M/ K.
19 października 1939r.
Próby samobójcze, omamy, agresja.
Sektory
dwa, trzy.
Śmierć
21 października 1939. Przyczyna: przedawkowanie leków."
Następne kartoteki przebiegały podobnie. Wszyscy pacjenci trafili tutaj 19 października. Umarli maksimum po jedenastu latach przebywania tutaj. Straszne. Jak na moje wyczucie brakowało jednej kartoteki. Tej całej siódemki. Kim ona lub on jest? I czemu nadawca listu ostrzegał przed nim? Wszystko to, jest bardzo dziwne...
Może i były trochę kwaśne i nadal zielone, no ale tonący brzytwy się chwyta, nie?
-Jedz nie marudź. Chyba że chcesz głodować.-pokazał mu język Harry i wziął jedno jabłko.-Ja pierdole.
Kiedy zjedliśmy jako takie śniadanie, postanowiliśmy ogarnąć las. Był piękny słoneczny dzień, więc zapowiadała się idealna pogoda na poszukiwanie ludzi. Jak to brzmi...
-Rozdzielmy się.-oświadczył Mike.
-Chyba cię popierdoliło.-otworzyłam szeroko oczy.
-Nie. Czemu niby? Tak będzie szybciej.
-Mike ma rację.-poparł go Harry.
-Ty też?! No proszę was.-skrzyżowałam ramiona.
-Boisz się Sami?-zapytał ze śmiechem Harry.
-Nie,-skłamałam.-ale jak niby chcecie się spotkać ponownie?-ostatnia deska ratunku.
-To proste.-mruknął Mike.-Ty pójdziesz w stronę jeziora i postarasz się wejść pod górę, tam, skąd spadliśmy, ja pójdę na tył od domu a Harry tam przez las. Będziecie co chwilę jakoś zaznaczać sobie drogę. Wracamy po godzinie tutaj i mówimy co się nam udało znaleźć.
-Genialne!-wywróciłam oczami.
-No nie?-uśmiechnął się Mike, który nie zna chyba pojęcia sarkazm.
-No to lepiej idźmy już bo jest po dwunastej.-zauważył Harry i poszedł w swoją stronę.
-Od kiedy on taki narwany do wykonywania poleceń?-zapytał mnie Mike.
Wzruszyłam tylko ramionami i poszłam w swoją stronę.
Ruszyłam spokojnie w stronę jeziora. Stanęłam na brzegu i spojrzałam w wodę. Ciemność pochłaniała wszystko. Nie mogłam nic zobaczyć. Jako, że z samochodu Harry'ego i naszych rzeczy już nic nie zostało westchnęłam ciężko i zaczęłam się rozglądać po możliwie łatwym szlaku wspinaczkowym.
Przeszłam obok nienaturalnie dużego zbiorowiska brzóz i zaczęłam wchodzić po kamieniach coraz wyżej. Kilka razy natrafiłam na luźne kamienie które później osuwały się z kawałkiem ziemi i spadały na dół. Nie mam lęku wysokości, ale z tej perspektywy wyglądało to serio strasznie.
Byłam już przy szczycie. Tam dalej powinna być droga którą przyjechaliśmy. Otrzepałam ubranie z ziemi i piasku i obróciłam się.
Otworzyłam szeroko oczy. Nie było tam drogi. Ciągnął się gęsty las którego nie mogłam ogarnąć wzrokiem.
-To niemożliwe.-szepnęłam i zaczęłam się rozglądać.
Może wspięłam się na co innego? Może wczoraj nie zwracałam uwagi a jednak przyjechaliśmy tędy? Nie, to raczej niemożliwe. Nie zmieściło by się tam nawet różowe tico. Westchnęłam i zeszłam na dół.
Schodzenie było jeszcze gorsze niż wchodzenie, ale poza obtartym ramieniem nic mi się nie stało. Spojrzałam na ekran telefonu. Nadal brak zasięgu, a do powrotu miałam jeszcze kwadrans. Wróciłam na miejsce naszego potkania. Okazało się, że chłopaki już tam byli.
-O, jesteś.-Harry spojrzał na mnie.-Ty też na to natrafiłaś?
-Na co?-zapytałam.
-Na nieprzebyty las.-Mike skrzyżował ramiona.
-Tak. Wydawało mi się że pomyliłam drogę, ale jednak nie.
-Ja i Mike mieliśmy tak samo. Nie da się przejść.
-Nadal nie ma zasięgu.
-Co teraz zrobimy?-zapytałam.
-Nie wiem.-Harry zaśmiał się nerwowo.-Na prawdę nie wiem.
Usiadłam w salonie opierając łokcie na kolonach. Zaczęłam myśleć. Las nie mógł tak sobie...to niemożliwe. Jesteśmy tu uwięzieni, chyba, że znajdziemy piłę mechaniczną, czy coś w tym stylu. Jest mi zimno, nie mamy co jeść. Brak jakiegokolwiek kontaktu z ludzkością. To nienormalne. Czuję się jak w psychiatryku.
Byłam w domu sama. Harry i Mike powiedzieli, że idą ogarnąć resztę okolicy. Może z innych stron nie jest tak samo? Mam nadzieję.
*kilka godzin później*
Jest godzina dwudziesta. Robi się ciemno, chłopaków dalej nie ma, a ja się boję! Spojrzałam nerwowo w okno. Może się zgubili? Może coś znaleźli i dalej przedzierają się przez las? Może jednak znaleźli ludzkość i mnie zostawili? Może coś im się stało? Za dużo pytań!
Usłyszałam jak otwierają się drzwi. Do domu wszedł Mike i Harry.
-No nareszcie jesteście!-stanęłam przed nimi.-I jak? Macie coś?
-Nic.-westchnął Mike.-Wszędzie to samo.
-Obeszliśmy wszystko.-dorzucił Harry.
-Była taka jedna mała uliczka, ale dość wąska. Poza tym odkryliśmy ją dość późno, więc postanowiliśmy ogarnąć to jutro wspólne.
-Jaka szkoda że nie ma z nami Linkinów!-oparłam się o ścianę.-Pogadałabym z Chesterem, na pewno miałby jakiś plan.
-A Joe wyskoczyłby z wiertarką. Taak...-uśmiechnął się Mike.
-Tak...ja...ja też żałuję, że ich tu nie ma.-mruknął Harry.
Przypomniały mi się studia w Newcastle West w Irlandii. Tam spotkaliśmy Linkin Park. Pracowali nad nowym albumem, który okazał się sukcesem. Nawet dali tam wzmianki o nas! Czułam radochę kiedy patrzyłam na kontakty w moim telefonie i widziałam ich imiona i nazwiska. Ich prawdziwe numery telefonu...skarb.
-Żyjesz Sami?-zapytał Harry.
-Tak.-kiwnęłam głową. Zrobiło mi się strasznie żal, i poczułam nagłą ochotę poużalania się nad sobą i swoim losem.-Chłopaki? Co wy na to żeby ogarnąć te kartki co leżą na biurku na górze?
-Aha, te takie co wczoraj przeglądałaś.-zakapował Harry.
-Mhm. Dowiedziałam się trochę o tym miejscu...-zaczęłam chłopakom opowiadać tą historię z Alex, i o tym czym był ten dom kiedyś.
Chyba ich wciągnęło, bo od razu postanowili iść na górę.
-Harry, przeglądasz zdjęcia. Ty bierzesz te papiery, ja te. Jak znajdziecie coś ciekawego to mówcie.-rozdzielił zadania Mike i wzięliśmy się do roboty.
Pierwsze co było na stercie papierów które miałam ogarnąć to dziennik.
Otworzyłam go i spojrzałam na pierwszą stronę.
"19 października 1939
Zakwaterowanie pacjentów. Podanie leków. Dodatkowe leki dla W.S.[patrz koniec dziennika] 19.40 przybycie dwóch pacjentów. Dołączenie ich do sektora czwartego."
Zapowiada się ciekawie. To chyba zapis tego co tu się działo. Ok, następna strona.
"20 października 1939
brak szczególnych zdarzeń"
Serio? Ok, next...
"21 października 1939
Śmierć M.K.[patrz koniec dziennika] Przyczyna: prawdopodobne przedawkowanie leku. Furia jednego z pacjentów. Przeniesienie z sektora drugiego do czwartego. Zwiększenie dawki leków."
Jak tak na to patrzę to chyba ci lekarze byli jacyś powaleni. Skoro jednego zabiło od leków, a drugiemu zwiększają ich dawkę, to jaki ma to sens?
"22 października 1939
Padaczka S.J.[patrz koniec dziennika] brak szczególnych zdarzeń"
Niżej było dopisane:
"Padaczka pielęgniarki. Zgon na miejscu. Podejrzewana zaraza. Odizolowanie S.J. Ograniczenie kontaktu z pacjentami do minimum."
To zaczyna być nienormalne. Spojrzałam na Mike'a i Harry'go. Byli pochłonięci swoimi pracami. Nikt jeszcze nie znalazł nic godnego uwagi. Ok, wracajmy do lektury...
"23 października 1939
Przeniesienie B.J. i numeru siedem[patrz koniec dziennika] na sektor trzeci. Wykrwawienie W.B. Przyczyna: samobójstwo. Cięcia nożem w brzuch."
Wait, wait. Kto normalny daje psychopacie nóż do zabawy? Jakiś powalony ten personel. Czy tak się leczyło psycholi podczas drugiej wojny światowej? Jak niby udało im się bezpiecznie dostać tutaj? Nic im się nie stało? I o co chodzi z tym końcem dziennika?
Przewróciłam kartki i spojrzałam na ostatnią stronę. Okazało się że te skróty to inicjały pacjentów. Obok były dopiski sektorów. Wielokrotnie zmieniane. Podejrzewam, że chodziło o rygor. Im wyższy stopień tym więcej leków i badań. Straszne.
Spomiędzy kartek wyleciała jedna zupełnie luźna. Była pisana na innym papierze. Nadawca wiadomości spieszył się z jej pisaniem. Wywnioskowałam po charakterze pisma. W dodatku wszystko było zapisane w kolorze brudnej czerwieni. Czy to nie jest...nie, to nie może być krew.
"Kimkolwiek jesteś proszę uratuj nas!!! Jesteśmy zwykłymi ludźmi zamkniętymi z czystej szaleńczości lekarzy. Codziennie podają nam leki powodujące omamy, padaczkę, straszny ból, koszmary senne, a później doprowadzają do śmierci. Wariujemy tutaj! Błagamy o pomoc! Wolimy zginąć na wojnie niż tu w tych męczarniach! Zbadaj pokój trzynasty i unikaj siódemki, to..."
I tu niestety wiadomość się kończyła. O co chodziło? Kompletnie nie rozumiem. Byli chorzy, czy nie? A może rzeczywiście chorymi byli nie pacjenci a lekarze? Opowiedziałam chłopakom to co znalazłam. Mike pochwalił się innymi artykułami o zaginięciu Alex, a Harry powiedział, że znalazł kartoteki.
-To chyba tych pacjentów.-rzucił mi pożółkłe koperty.-Przeglądnij.
Odłożyłam na chwilę dziennik i wzięłam pierwszą z brzegu kartę. Były oznakowane inicjałami. Spojrzałam na listę pacjentów w dzienniku i porównywałam z kartotekami.
-W.S.-mówiłam cicho co chwilę.-Jest...
Kartoteka tego mężczyzny pokazywała jego zdjęcie i dane. Obok przypiętego zdjęcia było wpisane imię i nazwisko. Następnie data urodzenia i kiedy i dlaczego tu trafił.
-19 października 1939r. Omamy wzrokowe i słuchowe. Lunatykowanie. Agresja. Za lunatykowanie idzie się do psycholi? Lol...Próby samobójcze.-czytałam po cichu.
Później była kategoria sektory. Był wiele razy przenoszony.
"cztery, dwa, jeden, trzy, cztery, dwa, cztery, dwa."
Później zgon.
"28 lipca 1944. Przyczyna: głód."
Boże...głodzili ich? Co to jest? Ok, następna kartoteka...
"M/ K.
19 października 1939r.
Próby samobójcze, omamy, agresja.
Sektory
dwa, trzy.
Śmierć
21 października 1939. Przyczyna: przedawkowanie leków."
Następne kartoteki przebiegały podobnie. Wszyscy pacjenci trafili tutaj 19 października. Umarli maksimum po jedenastu latach przebywania tutaj. Straszne. Jak na moje wyczucie brakowało jednej kartoteki. Tej całej siódemki. Kim ona lub on jest? I czemu nadawca listu ostrzegał przed nim? Wszystko to, jest bardzo dziwne...
poniedziałek, 28 października 2013
Rozdział 5 "Alex"
Podeszłam do biurka. Przyjrzałam się zdjęciom. To były zdjęcia tego domu. Z zewnątrz i od środka. Ktoś je wydrukował. Obok była kartka z wiadomością. To był chyba mail.
"Siema co myślisz o tej? Chyba tam jeszcze nie byliśmy. Może być ciekawie. Weźcie latarki musimy to ogarnąć od środka. Mam nadzieję że Alex nie zapomni swojej tak jak ostatnio ^^"
Obok był wycinek ze starej gazety zatytułowany "Tajemnicze zaginięcie nastolatki. Wymysł przyjaciół, czy prawda?"
"Grupka przyjaciół wybrała się pewnego razu do lasu. Ich celem był podburzony budynek zza czasów drugiej wojny światowej, w którym przechowywano niezrównoważonych psychicznie ludzi. Dziewczyna która była z nimi prawdopodobnie zaginęła w lesie, ale przyjaciele utrzymują się przy innej wersji. Ponoć łomem otworzyli klapę w łazience i wybrali się tam zostawiając jednego na czatach. Dziewczyna została sama w podziemiach bo reszta musiała wrócić po nastolatka na górze. Nagle usłyszeli przeraźliwy krzyk i uciekli stamtąd. Nastolatka została w domu. Niestety nie są to potwierdzone informacje. Kiedy policja wybrała się na miejsce wypadku, oświadczyli, że klapa jest zamknięta za mocną kłódkę, której nie da się otworzyć zwykłym łomem. Zamknęli sprawę. Dziewczyna do tego momentu nie wróciła do domu."
Do artykułu były dołączone zdjęcia. Klapy, domu i grupki przyjaciół. W czerwonym kółku była postać zaginionej dziewczyny.
-To chyba ta Alex.-mruknęłam i spojrzałam na inne kartki.
Znalazłam jeszcze jeden wydrukowany mail.
"Wróćcie ze mną po nią! Ja wiem że coś się jej stało. Nie możemy jej tak zostawić."
"Powaliło cię? Nigdy tam nie wrócę. Nawet za cenę życia Alex. Na prawdę się wystraszyłem."
"Fajny z ciebie przyjaciel. Myślałem że stanowiliśmy grupę ale jednak się pomyliłem."
"To nie tak. Ja się po prostu boję."
"Jeśli ty mi nie pomożesz to pójdę sam. Nie zostawię jej."
"A jeśli wrócisz z niczym? Albo w ogóle nie wrócisz?"
"Przynajmniej będę wiedział co się stało i będę miał czyste sumienie."
Kimkolwiek był rozmówca który nie chciał iść - nie odpisał. Kolejna kartka.
"Nigdy tam nie wrócę!"
"Co się stało?"
"Poszedłem tam i kiedy już byłem pod drzwiami dostałem SMS. Nigdy nie zgadniesz od kogo."
"Od tej Anki?"
"To nie jest śmieszne. Od Alex."
Reszta była oderwana. Nie mogłam niczego więcej odczytać. Dziwna historia. Wszystko to wydarzyło się w 2005. Niesamowite.
Z zamyśleń wyrwało mnie ciche skrzypnięcie drzwi. Spojrzałam na nie. Z każdą chwilą były coraz bardziej otwarte aż otworzyły się całkowicie.
-Przeciąg.-mruknęłam.-Tak...?
Podeszłam do drzwi i je zamknęłam. Wróciłam do biurka by popatrzeć na resztę kartek. I nagle coś mi się przypomniało.
-Latarka. Przecież zgubiła ją Alex. A ja wczoraj...
Wyszłam z pokoju i rozejrzałam sie po domu. Było jeszcze zimniej. Wszystko wyglądało jednak o wiele lepiej niż w nocy. Stanęłam w miejscu gdzie kończyła się podłoga. Zaczęłam wzrokiem przeszukiwać pozostałości schodów. Gdzieś tu powinna być...Nie ma jej. Tak jakby wyparowała. Może Hike albo Marry ją wzięli?
Wróciłam do pokoju gdzie spali chłopaki. Poczułam że jestem głodna. Musimy szybko dostać sie do miasta, albo padnę.
-Co teraz?-zapytałam, samą siebie. Tak, znowu zaczynam. Nieważne.
*kilka godzin później*
Praktycznie usypiałam. Moim celem było czekanie aż te debile się obudzą i postanowić wspólnie co dalej. Niestety, trochę musiałam poczekać. Nagle jeden z nich się poruszył. Był to Harry, o dziwo prawie równocześnie wstał Mike.
-No nareszcie.-przywitałam ich 'wesoło'-O mało z głodu nie umarłam.
-Właśnie mi przypomniałaś o czymś o czym nie powinienem sobie przypominać.-westchnął Harry.
-Trzeba skombinować żarcie.-zauważył Mike.
-Sam na to wpadłeś?-mruknęłam.
-No.-uśmiechnął się.
-Ej, grupa.-Harry stał przy oknie.-Mam żarcie.
Podeszłam do okna. Zobaczyłam tam małego, wesoło kicającego zajączka.
-Nie! Chyba nie masz zamiaru go jeść! Ja i tak bym nic nie ruszyła. Nie jem mięsa. W ogóle jak ty chcesz na niego zapolować geniuszu?-skrzyżowałam ramiona.
-Nie jestem aż takim skończonym debilem.-pokręcił głową Harry.-Patrz wyżej.
Spojrzałam ponownie. Obok zajączka który zaczął biec w głąb lasu rosło drzewo. Duże i rozłożyste. To jabłoń.
-Łuu. Są jabłka jest impreza.-podniósł ręce do góry Mike.-Chodźcie bo padam z głodu.
"Siema co myślisz o tej? Chyba tam jeszcze nie byliśmy. Może być ciekawie. Weźcie latarki musimy to ogarnąć od środka. Mam nadzieję że Alex nie zapomni swojej tak jak ostatnio ^^"
Obok był wycinek ze starej gazety zatytułowany "Tajemnicze zaginięcie nastolatki. Wymysł przyjaciół, czy prawda?"
"Grupka przyjaciół wybrała się pewnego razu do lasu. Ich celem był podburzony budynek zza czasów drugiej wojny światowej, w którym przechowywano niezrównoważonych psychicznie ludzi. Dziewczyna która była z nimi prawdopodobnie zaginęła w lesie, ale przyjaciele utrzymują się przy innej wersji. Ponoć łomem otworzyli klapę w łazience i wybrali się tam zostawiając jednego na czatach. Dziewczyna została sama w podziemiach bo reszta musiała wrócić po nastolatka na górze. Nagle usłyszeli przeraźliwy krzyk i uciekli stamtąd. Nastolatka została w domu. Niestety nie są to potwierdzone informacje. Kiedy policja wybrała się na miejsce wypadku, oświadczyli, że klapa jest zamknięta za mocną kłódkę, której nie da się otworzyć zwykłym łomem. Zamknęli sprawę. Dziewczyna do tego momentu nie wróciła do domu."
Do artykułu były dołączone zdjęcia. Klapy, domu i grupki przyjaciół. W czerwonym kółku była postać zaginionej dziewczyny.
-To chyba ta Alex.-mruknęłam i spojrzałam na inne kartki.
Znalazłam jeszcze jeden wydrukowany mail.
"Wróćcie ze mną po nią! Ja wiem że coś się jej stało. Nie możemy jej tak zostawić."
"Powaliło cię? Nigdy tam nie wrócę. Nawet za cenę życia Alex. Na prawdę się wystraszyłem."
"Fajny z ciebie przyjaciel. Myślałem że stanowiliśmy grupę ale jednak się pomyliłem."
"To nie tak. Ja się po prostu boję."
"Jeśli ty mi nie pomożesz to pójdę sam. Nie zostawię jej."
"A jeśli wrócisz z niczym? Albo w ogóle nie wrócisz?"
"Przynajmniej będę wiedział co się stało i będę miał czyste sumienie."
Kimkolwiek był rozmówca który nie chciał iść - nie odpisał. Kolejna kartka.
"Nigdy tam nie wrócę!"
"Co się stało?"
"Poszedłem tam i kiedy już byłem pod drzwiami dostałem SMS. Nigdy nie zgadniesz od kogo."
"Od tej Anki?"
"To nie jest śmieszne. Od Alex."
Reszta była oderwana. Nie mogłam niczego więcej odczytać. Dziwna historia. Wszystko to wydarzyło się w 2005. Niesamowite.
Z zamyśleń wyrwało mnie ciche skrzypnięcie drzwi. Spojrzałam na nie. Z każdą chwilą były coraz bardziej otwarte aż otworzyły się całkowicie.
-Przeciąg.-mruknęłam.-Tak...?
Podeszłam do drzwi i je zamknęłam. Wróciłam do biurka by popatrzeć na resztę kartek. I nagle coś mi się przypomniało.
-Latarka. Przecież zgubiła ją Alex. A ja wczoraj...
Wyszłam z pokoju i rozejrzałam sie po domu. Było jeszcze zimniej. Wszystko wyglądało jednak o wiele lepiej niż w nocy. Stanęłam w miejscu gdzie kończyła się podłoga. Zaczęłam wzrokiem przeszukiwać pozostałości schodów. Gdzieś tu powinna być...Nie ma jej. Tak jakby wyparowała. Może Hike albo Marry ją wzięli?
Wróciłam do pokoju gdzie spali chłopaki. Poczułam że jestem głodna. Musimy szybko dostać sie do miasta, albo padnę.
-Co teraz?-zapytałam, samą siebie. Tak, znowu zaczynam. Nieważne.
*kilka godzin później*
Praktycznie usypiałam. Moim celem było czekanie aż te debile się obudzą i postanowić wspólnie co dalej. Niestety, trochę musiałam poczekać. Nagle jeden z nich się poruszył. Był to Harry, o dziwo prawie równocześnie wstał Mike.
-No nareszcie.-przywitałam ich 'wesoło'-O mało z głodu nie umarłam.
-Właśnie mi przypomniałaś o czymś o czym nie powinienem sobie przypominać.-westchnął Harry.
-Trzeba skombinować żarcie.-zauważył Mike.
-Sam na to wpadłeś?-mruknęłam.
-No.-uśmiechnął się.
-Ej, grupa.-Harry stał przy oknie.-Mam żarcie.
Podeszłam do okna. Zobaczyłam tam małego, wesoło kicającego zajączka.
-Nie! Chyba nie masz zamiaru go jeść! Ja i tak bym nic nie ruszyła. Nie jem mięsa. W ogóle jak ty chcesz na niego zapolować geniuszu?-skrzyżowałam ramiona.
-Nie jestem aż takim skończonym debilem.-pokręcił głową Harry.-Patrz wyżej.
Spojrzałam ponownie. Obok zajączka który zaczął biec w głąb lasu rosło drzewo. Duże i rozłożyste. To jabłoń.
-Łuu. Są jabłka jest impreza.-podniósł ręce do góry Mike.-Chodźcie bo padam z głodu.
piątek, 25 października 2013
Rozdział 4 "Dobranoc!"
Usiadłam na podłodze w miejscu gdzie kiedyś znajdowały się schody i zaczęłam swobodnie machać nogami. Czas strasznie się dłużył.
-No gdzie on jest?-niecierpliwił się Mike.
Spojrzałam w dół. Pomiędzy kawałkami drewna zobaczyłam czarny przedmiot.
-Hej, Mike. Co to?-zapytałam.
-Hmm...chyba...latarka?-zastanawiał się.
-O lol.-mruknęłam.
Chwilę później wrócił Harry.
-Masz coś?-zapytał Mike.
-A ja miałem po coś iść?-zdziwił się.
-A jak myślisz, po co cię wysłaliśmy?-zapytał Mike. Ja byłam zdolna tylko do tego żeby strzelić face-palm i użalać się nad głupota Harry'ego, która granic nie zna.
-Aha. Już pamiętam.-oświeciło go.-Skaczcie.-rozłożył ramiona i poszedł do salonu. Skoro nie poszedł szukać drabiny co on robił ja się pytam?
-Jak tylko stąd zejdę to ci nogi z dupy powyrywam!-wydarłam się na niego i popatrzyłam na towarzysza niedoli.
-Co teraz?-zapytał Mike.
-O to samo chcę zapytać.-skrzyżowałam ramiona.
*jakieś pół godziny później?*
-Ok Sami. Trzy, czte-ry!-ryknął Mike.
Następnie nastąpiło wielkie i głośne dup, wiązanka mocnej łaciny i mój wrzask.
Plan był taki. Musieliśmy ułożyć stolik który znaleźliśmy w pokoju, tak żeby nie przewrócił się kiedy będzie na podłodze piętro niżej. Na niego poleciał jeszcze jeden stolik, który jakimś cudem był większy. Następnie deska i kilka książek o gotowaniu. Kiedy chwiejna i nieregularna piramida sięgała do piętra, naszym punktem numer dwa był parkour. Z budowli mieliśmy skoczyć na stolik pod drzwiami a z niego na ziemię. Nie wiem czemu przyszło nam do głowy to by to zrobić jednocześnie, no ale nieważne. Grunt w tym, że plan kompletnie nie wypalił. Nie przekroczyliśmy nawet punktu numer dwa. Polegliśmy przy pierwszym kroku. No ale jest też ta lepsza strona. Byliśmy szybciej na ziemi!
-Mój piszczel!-darł się Mike.-Rozjebałem se piszczel!
Mnie za to bolały żebra, ale nic poważniejszego mi się nie działo. Podniosłam głowę. Przed nami stał Harry i jak gdyby nigdy nic się nam przyglądał. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały miałam tylko jedną chęć.
-Idę ci wpierdolić.-wstałam zadziwiająco szybko i zaczęłam gonić uciekającego Harry'ego.
Kiedy Harry dostał porządny wpierdziel jednym z porcelanowych talerzy postanowiłam ogarnąć co z Mike'm.
-Jak tam Mike?-zapytałam klękając obok ciężko poszkodowanego który nadal nie wstał.
-Prędko przyszłaś.-mruknął.-Nakurwia mnie piszczel i nie mogę chodzić, ale ogólnie jest dobrze.
-A, to spoko.-uśmiechnęłam się.
-Gdzie Harry?-zapytał.
-Musi pozbyć się odłamków porcelany z ubrania.-westchnęłam i wstałam.
-Haha.-Mike wstał po chwili i lekko utykając poszedł do salonu.
-Która godzina?-zapytał Harry siadając koło Mike'a.
-Twoja ostatnia.-odezwał się Mike.-Jak tylko mi się polepszy to masz wpierdziel.
-2:10.-wywróciłam oczami i usiadłam obok debili.
-Idę coś wszamać.-zadecydował Mike.
-A masz cokolwiek do jedzenia?-mruknęłam.
-No racja.-westchnął.
-Zginiemy tutaj.-zaczął rozpaczać Harry.
-Jutro pójdziemy ogarnąć jakąś cywilizację. Miasto nie powinno być zbyt daleko. Podstawą jest to, żeby dostać się do drogi.-powiedziałam.
-Mamy już plan. Teraz trzeba tylko poczekać.-odparł Mike.
-Nie wiem jak wy, ale ja chyba pójdę spać.-westchnęłam.
-Chcesz spać po tylu przeżyciach?-zdziwił się Mike.-Ja bym nie dał rady.
-Sami ma rację. Jutro nie będziemy mieli siły żeby iść.-wow, Harry jednak potrafi pomyśleć logicznie.
-Tylko, heh...-upomniałam się.-Jak wejdziemy na górę?
-No kurwa wiedziałem!-skrzyżował ramiona Mike.
*piętnaście minut później*
-Wiem! Podstawimy krzesła i stoliki.-myślał Harry.
-Ta taktyka się nie sprawdza.-odpowiedziałam.
-Ale spróbować warto.
Kiedy poukładaliśmy kilka krzeseł i stolików, utworzyły się prowizoryczne schodki. Jeśli jesteś pijany, to lepiej tędy nie wchodź.
-Biorę to.-rzuciłam się na jedno z łóżek ustawionych przy ścianie.
-Ja to!-ryknął Mike.
-Ale ja nie chcę pod drzwiami!-sprzeciwił się Harry.
-Nie bądź ciota.-uśmiechnął się Mike.
Usiadłam na łóżku. Twarde i niewygodne no ale biorę co dają, nie?
-Ktoś z was chrapie w nocy?-zapytał Harry.
-Nie.-zaprzeczyliśmy z Mike'm.
-To dobrze. Jestem bardzo wrażliwy.-Harry ułożył się wygodnie na łóżku.
Wstałam i podeszłam do biurka. Zobaczyłam tam sporo kartek a między nimi kilka zdjęć tego domu. Chciałam się temu przyjrzeć bliżej, ale postanowiłam że zostawię to na jutro.
Położyłam się na niewygodnym łóżku i spojrzałam w sufit. W co ja się znowu wpakowałam? Kłopoty z nimi to jednak tradycja...
-Ok, to dobranoc!-Harry zgasił lampkę koło łóżka.
-Nie, Harry!-ryknęłam na raz z Mike'm. Tak jak się spodziewaliśmy wszystkie światła zgasły.
-Zabiję cię debilu!-Mike zaczął się wydzierać.
-Nie moja wina!-bronił się Harry.
-Tak, pewnie! Jak myślisz, co teraz?
-Pójdziemy spać?
-Jesteśmy w środku lasu nie wiemy czy to nie jest miejsce spotkań jakichś meneli, żuli czy satanistów. Co do tego ostatniego to Sami miałaby gdzie się podziać.
-Powiedział ten co ubiera się na biało i nie nosi glanów.-mruknęłam.
-To że mam czarne ciuchy i noszę glany nie znaczy że jestem satanistą.
-Ale ty nim właśnie jesteś.-upierałam się.
-Dobra ja próbuję spać.-usłyszałam skrzypnięcie łóżka. Harry pewnie obracał się na bok.
Zamknęłam oczy i postarałam się usnąć. Mike miał rację, było na serio ciężko. Kiedy mój wzrok przyzwyczaił się do ciemności zaczęłam wyróżniać poszczególne obiekty niedaleko. No ale nareszcie zasnęłam. Obudziło mnie głośne skrzypnięcie. Otworzyłam szybko oczy i rozejrzałam się po pokoju. Telefon. 4:30?! Serio? Dlaczego to tak długo trwa? Usłyszałam chrapanie.
-Mike? Śpisz?-zapytałam.
-Nie. Nie da się spać kiedy ten pajac chrapie jak opętany. Dziwi mnie że ty zasnęłaś.
-Jest dopiero czwarta trzydzieści.-wyjrzałam przez okno.-Ale niedługo powinno zacząć świtać.
-Ta...
-W ogóle nie spałeś?
-Nie. Ile razy mam ci mówić? Sen jest dla śmiertelników. Poza tym, ktoś musiał trzymać wartę nie?
-Racja.-ułożyłam się wygodniej.
Sama nie wiem kiedy ponownie zasnęłam. Obudziłam się kiedy pierwsze promienie słońca zaczęły wpadać do pokoju. Usiadłam na łóżku. Było zimno. Za oknem unosiła się lekka mgła. Harry nadal chrapał a Mike spał. Tak, tak, sen jest dla śmiertelników...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hmm...myślę że się podobało xD liczę na opinie z Waszej strony ;____;
-No gdzie on jest?-niecierpliwił się Mike.
Spojrzałam w dół. Pomiędzy kawałkami drewna zobaczyłam czarny przedmiot.
-Hej, Mike. Co to?-zapytałam.
-Hmm...chyba...latarka?-zastanawiał się.
-O lol.-mruknęłam.
Chwilę później wrócił Harry.
-Masz coś?-zapytał Mike.
-A ja miałem po coś iść?-zdziwił się.
-A jak myślisz, po co cię wysłaliśmy?-zapytał Mike. Ja byłam zdolna tylko do tego żeby strzelić face-palm i użalać się nad głupota Harry'ego, która granic nie zna.
-Aha. Już pamiętam.-oświeciło go.-Skaczcie.-rozłożył ramiona i poszedł do salonu. Skoro nie poszedł szukać drabiny co on robił ja się pytam?
-Jak tylko stąd zejdę to ci nogi z dupy powyrywam!-wydarłam się na niego i popatrzyłam na towarzysza niedoli.
-Co teraz?-zapytał Mike.
-O to samo chcę zapytać.-skrzyżowałam ramiona.
*jakieś pół godziny później?*
-Ok Sami. Trzy, czte-ry!-ryknął Mike.
Następnie nastąpiło wielkie i głośne dup, wiązanka mocnej łaciny i mój wrzask.
Plan był taki. Musieliśmy ułożyć stolik który znaleźliśmy w pokoju, tak żeby nie przewrócił się kiedy będzie na podłodze piętro niżej. Na niego poleciał jeszcze jeden stolik, który jakimś cudem był większy. Następnie deska i kilka książek o gotowaniu. Kiedy chwiejna i nieregularna piramida sięgała do piętra, naszym punktem numer dwa był parkour. Z budowli mieliśmy skoczyć na stolik pod drzwiami a z niego na ziemię. Nie wiem czemu przyszło nam do głowy to by to zrobić jednocześnie, no ale nieważne. Grunt w tym, że plan kompletnie nie wypalił. Nie przekroczyliśmy nawet punktu numer dwa. Polegliśmy przy pierwszym kroku. No ale jest też ta lepsza strona. Byliśmy szybciej na ziemi!
-Mój piszczel!-darł się Mike.-Rozjebałem se piszczel!
Mnie za to bolały żebra, ale nic poważniejszego mi się nie działo. Podniosłam głowę. Przed nami stał Harry i jak gdyby nigdy nic się nam przyglądał. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały miałam tylko jedną chęć.
-Idę ci wpierdolić.-wstałam zadziwiająco szybko i zaczęłam gonić uciekającego Harry'ego.
Kiedy Harry dostał porządny wpierdziel jednym z porcelanowych talerzy postanowiłam ogarnąć co z Mike'm.
-Jak tam Mike?-zapytałam klękając obok ciężko poszkodowanego który nadal nie wstał.
-Prędko przyszłaś.-mruknął.-Nakurwia mnie piszczel i nie mogę chodzić, ale ogólnie jest dobrze.
-A, to spoko.-uśmiechnęłam się.
-Gdzie Harry?-zapytał.
-Musi pozbyć się odłamków porcelany z ubrania.-westchnęłam i wstałam.
-Haha.-Mike wstał po chwili i lekko utykając poszedł do salonu.
-Która godzina?-zapytał Harry siadając koło Mike'a.
-Twoja ostatnia.-odezwał się Mike.-Jak tylko mi się polepszy to masz wpierdziel.
-2:10.-wywróciłam oczami i usiadłam obok debili.
-Idę coś wszamać.-zadecydował Mike.
-A masz cokolwiek do jedzenia?-mruknęłam.
-No racja.-westchnął.
-Zginiemy tutaj.-zaczął rozpaczać Harry.
-Jutro pójdziemy ogarnąć jakąś cywilizację. Miasto nie powinno być zbyt daleko. Podstawą jest to, żeby dostać się do drogi.-powiedziałam.
-Mamy już plan. Teraz trzeba tylko poczekać.-odparł Mike.
-Nie wiem jak wy, ale ja chyba pójdę spać.-westchnęłam.
-Chcesz spać po tylu przeżyciach?-zdziwił się Mike.-Ja bym nie dał rady.
-Sami ma rację. Jutro nie będziemy mieli siły żeby iść.-wow, Harry jednak potrafi pomyśleć logicznie.
-Tylko, heh...-upomniałam się.-Jak wejdziemy na górę?
-No kurwa wiedziałem!-skrzyżował ramiona Mike.
*piętnaście minut później*
-Wiem! Podstawimy krzesła i stoliki.-myślał Harry.
-Ta taktyka się nie sprawdza.-odpowiedziałam.
-Ale spróbować warto.
Kiedy poukładaliśmy kilka krzeseł i stolików, utworzyły się prowizoryczne schodki. Jeśli jesteś pijany, to lepiej tędy nie wchodź.
-Biorę to.-rzuciłam się na jedno z łóżek ustawionych przy ścianie.
-Ja to!-ryknął Mike.
-Ale ja nie chcę pod drzwiami!-sprzeciwił się Harry.
-Nie bądź ciota.-uśmiechnął się Mike.
Usiadłam na łóżku. Twarde i niewygodne no ale biorę co dają, nie?
-Ktoś z was chrapie w nocy?-zapytał Harry.
-Nie.-zaprzeczyliśmy z Mike'm.
-To dobrze. Jestem bardzo wrażliwy.-Harry ułożył się wygodnie na łóżku.
Wstałam i podeszłam do biurka. Zobaczyłam tam sporo kartek a między nimi kilka zdjęć tego domu. Chciałam się temu przyjrzeć bliżej, ale postanowiłam że zostawię to na jutro.
Położyłam się na niewygodnym łóżku i spojrzałam w sufit. W co ja się znowu wpakowałam? Kłopoty z nimi to jednak tradycja...
-Ok, to dobranoc!-Harry zgasił lampkę koło łóżka.
-Nie, Harry!-ryknęłam na raz z Mike'm. Tak jak się spodziewaliśmy wszystkie światła zgasły.
-Zabiję cię debilu!-Mike zaczął się wydzierać.
-Nie moja wina!-bronił się Harry.
-Tak, pewnie! Jak myślisz, co teraz?
-Pójdziemy spać?
-Jesteśmy w środku lasu nie wiemy czy to nie jest miejsce spotkań jakichś meneli, żuli czy satanistów. Co do tego ostatniego to Sami miałaby gdzie się podziać.
-Powiedział ten co ubiera się na biało i nie nosi glanów.-mruknęłam.
-To że mam czarne ciuchy i noszę glany nie znaczy że jestem satanistą.
-Ale ty nim właśnie jesteś.-upierałam się.
-Dobra ja próbuję spać.-usłyszałam skrzypnięcie łóżka. Harry pewnie obracał się na bok.
Zamknęłam oczy i postarałam się usnąć. Mike miał rację, było na serio ciężko. Kiedy mój wzrok przyzwyczaił się do ciemności zaczęłam wyróżniać poszczególne obiekty niedaleko. No ale nareszcie zasnęłam. Obudziło mnie głośne skrzypnięcie. Otworzyłam szybko oczy i rozejrzałam się po pokoju. Telefon. 4:30?! Serio? Dlaczego to tak długo trwa? Usłyszałam chrapanie.
-Mike? Śpisz?-zapytałam.
-Nie. Nie da się spać kiedy ten pajac chrapie jak opętany. Dziwi mnie że ty zasnęłaś.
-Jest dopiero czwarta trzydzieści.-wyjrzałam przez okno.-Ale niedługo powinno zacząć świtać.
-Ta...
-W ogóle nie spałeś?
-Nie. Ile razy mam ci mówić? Sen jest dla śmiertelników. Poza tym, ktoś musiał trzymać wartę nie?
-Racja.-ułożyłam się wygodniej.
Sama nie wiem kiedy ponownie zasnęłam. Obudziłam się kiedy pierwsze promienie słońca zaczęły wpadać do pokoju. Usiadłam na łóżku. Było zimno. Za oknem unosiła się lekka mgła. Harry nadal chrapał a Mike spał. Tak, tak, sen jest dla śmiertelników...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hmm...myślę że się podobało xD liczę na opinie z Waszej strony ;____;
niedziela, 20 października 2013
Rozdział 3 "Schody"
-No i co teraz?-zapytałam.
-No musimy go gdzieś dać. Chyba że zostawimy go tak na pastwę robactwa a rano obudzi się z pająkiem we włosach. Wyobrażasz to sobie?-zaśmiał się.
Rzeczywiście. To musiałby być nieziemski widok.
-Ale mi chodziło o to czy na serio mamy tu spać.-podniosłam mój telefon leżący na ziemi.
-No.-chłopak rozejrzał się po pokoju. Prawdopodobnie to był salon.
-Jesteś pewien?-uniosłam brew.
-A mamy inne wyjście?-wzruszył ramionami i przeniósł Harry'ego na starą kanapę.
Pokój był duży. Ściany pomalowane na biało z ozdobnymi niebieskimi kwiatami. Z sufitu zwisała lampa z zielonym kloszem. Dawała dość sporo światła. Na ścianach wisiały obrazy malowane olejnymi farbami w starych pozłacanych ramach. Kilka z nich leżało pod ścianami. Zielona kanapa z satynowym obiciem na której leżał nieprzytomny Harry. Kominek z licznymi śladami sadzy i telewizor starej daty. Nie wiem nawet czy działa. Czerwony fotel koło kominka i drewniany stolik jakby ukradziony Holmes'owi. Całość dopełniała spora warstwa kurzu i pajęczyn. Już wnioskując po jednym pokoju doszłam do wniosku, że dom jest bogato urządzony jak na starsze czasy. Pytanie tylko kto i dlaczego zostawił to tak po prostu? Może właściciel umarł a nie miał rodziny?
-Ej, żyjesz?-ręka Mike'a machała mi przed oczami.
-Yyy...tak, pewnie.-ogarnęłam wszystko wzrokiem.-Co jest?
-Pytałem czy pójdziemy zobaczyć resztę domu?
-Spoko.-wyszłam na korytarz przez drewniany łuk oddzielający hol i salon.
Nie wiem jakim cudem ale w całym domu paliło się światło. Ze strachu że znowu coś spieprzymy wyłączając światło, a szczęście nam ponownie nie dopisze, postanowiliśmy zostawić włączniki światła w spokoju. Z resztą światło było chyba teraz tym, czego potrzebowałam najbardziej.
-Rozdzielamy się?-zapytał.
-Wolałabym nie. To nowe miejsce, a ja mam słabą orientację w terenie no i...
-Po prostu się boisz.-zaśmiał się Mike.
-Nie.-skłamałam.-Nie boję się.
-Jakbyś się nie bała to byś poszła sama.
-Weź przestań. Parter czy piętro?
-A to tu jest piętro?-podrapał się po głowie.
Wskazałam ręką za niego. Za Mike'm ciągnęły się drewniane schody z przetartym chodnikiem. Pewnie korniki już wszystko zeżarły. Nawet nie wiem czy da się tam wejść.
-O lol.-popatrzył z dziwną miną na schody.-Chodź tam.-wskazał na futrynę za mną.
Posłusznie poszłam do pokoju. To była kuchnia. Kremowe kafelki miejscami odlatywały a w większości w ogóle ich nie było. Umywalka, oczywiście brudna. W środku były nawet niedomyte naczynia. Sporo szafek i półek. Niestety wszystkie puste. Została jeszcze lodówka. Jak się można domyśleć nie było w niej nic. Co ciekawe, nawet światła.
-Serio?-westchnął Mike.-Jesteśmy bez żarcia.-zatrzasnął drzwi lodówki.
-Ciekawi mnie czy zjadłbyś gdyby było tam cokolwiek. Wiesz ile by to żarcie mogło mieć lat?
-Spodziewam się.-mruknął.
Wyszliśmy i ruszyliśmy na koniec długiego korytarza. Były tam drzwi. Po prawej i po lewej.
-Prawo, lewo?-zapytałam.
-Lewo.-Mike bez zastanowienia otworzył drzwi po prawej (chyba nadal nie rozróżnia kierunków) i wszedł do środka.
To była łazienka. Jej stan podobny do kuchni. Odpadające kafelki, pełno rur, pewnie po wannie i umywalce. No i nieodłączne popękane lustro. I klapa. Metalowa klapa zamknięta na kłódkę.
-Łazienka.-stwierdził Mike.
-Sam na to wpadłeś?-wróciłam do korytarza. Otworzyłam ostatnie drzwi i zobaczyłam jadalnię.
Duży drewniany stół, sześć krzeseł, obrazy i ciężkie świeczniki. Aha, i szafka z talerzami. Prawdopodobnie z porcelany.
-Ktokolwiek tu mieszkał nieźle się urządził.-oparłam ręce na biodrach i przyjrzałam się wszystkiemu.
-No serio niezła chata.-pokiwał głową Mike.-I wytrzymała.-walnął pięścią w ścianę z której natychmiast poleciał tynk.
-Tak, bardzo.-westchnęłam.
Wróciliśmy przed dobrze nam znane drzwi wejściowo-wyjściowe tzw drzwi główne i spojrzeliśmy na schody.
-Jesteś bardziej lekka ode mnie. Sprawdzimy czy załamią się pod tobą.-stwierdził Mike z miną inżyniera, który mimo wszystko nawet nie wie o czym mówi.
-Śmieszne.-skrzyżowałam ramiona i ruszyłam przed siebie.
Kiedy tylko postawiłam stopę na pierwszym stopniu ogarnęłam że nie powinnam tam wchodzić tak jak do swojego domu. Inaczej na pewno się zawalą. Kiedy wchodziłam coraz wyżej skrzypienie było bardziej donośne. Nareszcie stanęłam na szczycie schodów.
-Ok, żyję.-mruknęłam.-Teraz ty.
Chłopak starał się wchodzić podobnie jak ja. No ale niestety...kiedy był w połowie drogi schody skrzypnęły bardzo głośno i drewno podtrzymujące konstrukcję zaczęło pękać.
-Szybko!-wrzasnęłam do niego.
Mike skoczył jak opętany przed siebie i wylądował przy ścianie za mną. Schody kompletnie się zawaliły. Z wszystkiego został tylko pył który nadal unosił się w powietrzu i spróchniałe kawałki drewna.
-W porządku?-zapytałam.
-Ta.-podniósł się.-Ja cie, było nieźle.
Usłyszeliśmy wrzask a później płacz. Dochodził z dołu. Przeraziłam się lekko więc instynktownie oparłam się o ścianę zrzucając przy tym obraz.
-Mike.-szepnęłam.-Co to było?
-Nie wiem.-mruknął.
Nagle na dole zobaczyliśmy postać.Wysoką. Wychodziła z salonu i zakrywała twarz rękoma.
-Harry! Cwelu!-ryknęłam.-Co ty sobie do cholery myślałeś? Że jak się poryczysz na cały ryj to mi będzie lepiej? Badamy tu hacjendę żebyś miał gdzie dupę dać a ty mi z czymś takim wyskakujesz?! Jak zaraz do ciebie...-ruszyłam przed siebie, ale przypomniałam sobie o braku schodów i w ostatniej chwili cofnęłam się gwałtownie.
Mike za mną śmiał się jak głupi a Harry ocierał ukradkiem łzy.
-Ja, ja myślałem że mnie zostawiliścieee!-wydarł się.-Byłem sam. I...i się bałem.
-Dlatego się poryczałeś?-wyszczerzył się Mike.
-Nie poryczałem się!-zaprotestował.
-Tak!-wykrzyknął Mike.
-Nie!
-Tak!
-Nie!
-Jak zaraz Harry nam nie pomoże to oberwiecie obydwaj.-mruknęłam krzyżując ramiona.
-A za co ja?-bronił się Mike.
-Za żywota. Harry-zwróciłam się do chłopaka.-skombinuj drabinę czy coś.
-A skąd ja ci wytrzasnę drabine?-zapytał tym swoim 'no chyba ze mnie kpisz'.
-Po prostu nas stąd ściągnij!-wydarłam się na niego.
-No już, już. Gdybym was nie musiał ściągać skorzystałbym z okazji żeby was poobrażać czy coś no ale niestety.-zniknął za drzwiami.
-Jak ja go kiedyś...-usiadłam opierając się o balustradę.
Niby zawaliły się tylko schody. No ale z tej perspektywy wyglądało to na serio strasznie. Dzieliły nas jakieś trzy metry. Nie skoczę z tak wysoka.
-Czekamy na niego użalając się nad sobą i jego głupotą czy idziemy dalej?-zapytał Mike.
Wstałam w odpowiedzi i ruszyłam do jedynych drzwi jakie zostały.
Sypialnia. Wyglądała jak rodem z wojska. Trzy metalowe łóżka w białej sztywnej pościeli. Biurko na którym leżało pełno papierów i biała szafka na ścianie. Koło każdego łóżka była drewniana półeczka z lampką nocną. Również się świeciły.
-To to by było na tyle.-skomentował Mike i wrócił do pozostałości schodów. Poszłam za nim.
-No musimy go gdzieś dać. Chyba że zostawimy go tak na pastwę robactwa a rano obudzi się z pająkiem we włosach. Wyobrażasz to sobie?-zaśmiał się.
Rzeczywiście. To musiałby być nieziemski widok.
-Ale mi chodziło o to czy na serio mamy tu spać.-podniosłam mój telefon leżący na ziemi.
-No.-chłopak rozejrzał się po pokoju. Prawdopodobnie to był salon.
-Jesteś pewien?-uniosłam brew.
-A mamy inne wyjście?-wzruszył ramionami i przeniósł Harry'ego na starą kanapę.
Pokój był duży. Ściany pomalowane na biało z ozdobnymi niebieskimi kwiatami. Z sufitu zwisała lampa z zielonym kloszem. Dawała dość sporo światła. Na ścianach wisiały obrazy malowane olejnymi farbami w starych pozłacanych ramach. Kilka z nich leżało pod ścianami. Zielona kanapa z satynowym obiciem na której leżał nieprzytomny Harry. Kominek z licznymi śladami sadzy i telewizor starej daty. Nie wiem nawet czy działa. Czerwony fotel koło kominka i drewniany stolik jakby ukradziony Holmes'owi. Całość dopełniała spora warstwa kurzu i pajęczyn. Już wnioskując po jednym pokoju doszłam do wniosku, że dom jest bogato urządzony jak na starsze czasy. Pytanie tylko kto i dlaczego zostawił to tak po prostu? Może właściciel umarł a nie miał rodziny?
-Ej, żyjesz?-ręka Mike'a machała mi przed oczami.
-Yyy...tak, pewnie.-ogarnęłam wszystko wzrokiem.-Co jest?
-Pytałem czy pójdziemy zobaczyć resztę domu?
-Spoko.-wyszłam na korytarz przez drewniany łuk oddzielający hol i salon.
Nie wiem jakim cudem ale w całym domu paliło się światło. Ze strachu że znowu coś spieprzymy wyłączając światło, a szczęście nam ponownie nie dopisze, postanowiliśmy zostawić włączniki światła w spokoju. Z resztą światło było chyba teraz tym, czego potrzebowałam najbardziej.
-Rozdzielamy się?-zapytał.
-Wolałabym nie. To nowe miejsce, a ja mam słabą orientację w terenie no i...
-Po prostu się boisz.-zaśmiał się Mike.
-Nie.-skłamałam.-Nie boję się.
-Jakbyś się nie bała to byś poszła sama.
-Weź przestań. Parter czy piętro?
-A to tu jest piętro?-podrapał się po głowie.
Wskazałam ręką za niego. Za Mike'm ciągnęły się drewniane schody z przetartym chodnikiem. Pewnie korniki już wszystko zeżarły. Nawet nie wiem czy da się tam wejść.
-O lol.-popatrzył z dziwną miną na schody.-Chodź tam.-wskazał na futrynę za mną.
Posłusznie poszłam do pokoju. To była kuchnia. Kremowe kafelki miejscami odlatywały a w większości w ogóle ich nie było. Umywalka, oczywiście brudna. W środku były nawet niedomyte naczynia. Sporo szafek i półek. Niestety wszystkie puste. Została jeszcze lodówka. Jak się można domyśleć nie było w niej nic. Co ciekawe, nawet światła.
-Serio?-westchnął Mike.-Jesteśmy bez żarcia.-zatrzasnął drzwi lodówki.
-Ciekawi mnie czy zjadłbyś gdyby było tam cokolwiek. Wiesz ile by to żarcie mogło mieć lat?
-Spodziewam się.-mruknął.
Wyszliśmy i ruszyliśmy na koniec długiego korytarza. Były tam drzwi. Po prawej i po lewej.
-Prawo, lewo?-zapytałam.
-Lewo.-Mike bez zastanowienia otworzył drzwi po prawej (chyba nadal nie rozróżnia kierunków) i wszedł do środka.
To była łazienka. Jej stan podobny do kuchni. Odpadające kafelki, pełno rur, pewnie po wannie i umywalce. No i nieodłączne popękane lustro. I klapa. Metalowa klapa zamknięta na kłódkę.
-Łazienka.-stwierdził Mike.
-Sam na to wpadłeś?-wróciłam do korytarza. Otworzyłam ostatnie drzwi i zobaczyłam jadalnię.
Duży drewniany stół, sześć krzeseł, obrazy i ciężkie świeczniki. Aha, i szafka z talerzami. Prawdopodobnie z porcelany.
-Ktokolwiek tu mieszkał nieźle się urządził.-oparłam ręce na biodrach i przyjrzałam się wszystkiemu.
-No serio niezła chata.-pokiwał głową Mike.-I wytrzymała.-walnął pięścią w ścianę z której natychmiast poleciał tynk.
-Tak, bardzo.-westchnęłam.
Wróciliśmy przed dobrze nam znane drzwi wejściowo-wyjściowe tzw drzwi główne i spojrzeliśmy na schody.
-Jesteś bardziej lekka ode mnie. Sprawdzimy czy załamią się pod tobą.-stwierdził Mike z miną inżyniera, który mimo wszystko nawet nie wie o czym mówi.
-Śmieszne.-skrzyżowałam ramiona i ruszyłam przed siebie.
Kiedy tylko postawiłam stopę na pierwszym stopniu ogarnęłam że nie powinnam tam wchodzić tak jak do swojego domu. Inaczej na pewno się zawalą. Kiedy wchodziłam coraz wyżej skrzypienie było bardziej donośne. Nareszcie stanęłam na szczycie schodów.
-Ok, żyję.-mruknęłam.-Teraz ty.
Chłopak starał się wchodzić podobnie jak ja. No ale niestety...kiedy był w połowie drogi schody skrzypnęły bardzo głośno i drewno podtrzymujące konstrukcję zaczęło pękać.
-Szybko!-wrzasnęłam do niego.
Mike skoczył jak opętany przed siebie i wylądował przy ścianie za mną. Schody kompletnie się zawaliły. Z wszystkiego został tylko pył który nadal unosił się w powietrzu i spróchniałe kawałki drewna.
-W porządku?-zapytałam.
-Ta.-podniósł się.-Ja cie, było nieźle.
Usłyszeliśmy wrzask a później płacz. Dochodził z dołu. Przeraziłam się lekko więc instynktownie oparłam się o ścianę zrzucając przy tym obraz.
-Mike.-szepnęłam.-Co to było?
-Nie wiem.-mruknął.
Nagle na dole zobaczyliśmy postać.Wysoką. Wychodziła z salonu i zakrywała twarz rękoma.
-Harry! Cwelu!-ryknęłam.-Co ty sobie do cholery myślałeś? Że jak się poryczysz na cały ryj to mi będzie lepiej? Badamy tu hacjendę żebyś miał gdzie dupę dać a ty mi z czymś takim wyskakujesz?! Jak zaraz do ciebie...-ruszyłam przed siebie, ale przypomniałam sobie o braku schodów i w ostatniej chwili cofnęłam się gwałtownie.
Mike za mną śmiał się jak głupi a Harry ocierał ukradkiem łzy.
-Ja, ja myślałem że mnie zostawiliścieee!-wydarł się.-Byłem sam. I...i się bałem.
-Dlatego się poryczałeś?-wyszczerzył się Mike.
-Nie poryczałem się!-zaprotestował.
-Tak!-wykrzyknął Mike.
-Nie!
-Tak!
-Nie!
-Jak zaraz Harry nam nie pomoże to oberwiecie obydwaj.-mruknęłam krzyżując ramiona.
-A za co ja?-bronił się Mike.
-Za żywota. Harry-zwróciłam się do chłopaka.-skombinuj drabinę czy coś.
-A skąd ja ci wytrzasnę drabine?-zapytał tym swoim 'no chyba ze mnie kpisz'.
-Po prostu nas stąd ściągnij!-wydarłam się na niego.
-No już, już. Gdybym was nie musiał ściągać skorzystałbym z okazji żeby was poobrażać czy coś no ale niestety.-zniknął za drzwiami.
-Jak ja go kiedyś...-usiadłam opierając się o balustradę.
Niby zawaliły się tylko schody. No ale z tej perspektywy wyglądało to na serio strasznie. Dzieliły nas jakieś trzy metry. Nie skoczę z tak wysoka.
-Czekamy na niego użalając się nad sobą i jego głupotą czy idziemy dalej?-zapytał Mike.
Wstałam w odpowiedzi i ruszyłam do jedynych drzwi jakie zostały.
Sypialnia. Wyglądała jak rodem z wojska. Trzy metalowe łóżka w białej sztywnej pościeli. Biurko na którym leżało pełno papierów i biała szafka na ścianie. Koło każdego łóżka była drewniana półeczka z lampką nocną. Również się świeciły.
-To to by było na tyle.-skomentował Mike i wrócił do pozostałości schodów. Poszłam za nim.
czwartek, 17 października 2013
Rozdział 2 "Ciemność"
Opuszczony. Powybijane szyby w oknach. Praktycznie niknął pomiędzy drzewami. Sama się dziwię jak go dostrzegłam.
-Czyli mamy tam spać, tak?-zapytał Harry.
-Popierdoliło cię?-zapytałam. Odzyskałam zdolność głosu fuck yeah! Harry jednak nie jest taki normalny.
-Sami, nie mamy wyboru.-nie no Mike też?
-Nie ma mowy! Ja tutaj zostaję!-skrzyżowałam ramiona i odwróciłam się do nich tyłem.
-No dobra, jak chcesz to ty zostań. Sama. Ciemno jest. Widziałaś ten cień koło drzewa, nie było go przedtem...-mówił spokojnie Mike.
Instynktownie się obróciłam. No ok. Wystraszył mnie. Niby kilka niepozornych strasznych słówek dla dzieci, ale w takiej sytuacji...
-Yhh...no dobra.-mruknęłam. To się źle skończy.
Poszliśmy w trójkę pod dom. Szłam pomiędzy Mike'm i Harry'm. Stanęliśmy tak przed drzwiami. Stałam na wprost zardzewiałych drzwi.
-Masz najbliżej.-szepnął do mnie Harry i popchnął mnie lekko do przodu. Odwróciłam się do nich. Mike pokazał kciuki uniesione w górę, a Harry uśmiechał się szeroko.
-Nie pójdę tam pierwsza.-powiedziałam.
-Ależ pójdziesz.-oświadczył Mike.-Damy mają pierwszeństwo.
-Mężczyźni są dżentelmenami jak im pasuje.-wywróciłam oczami.-A to niby wy tacy odważni jesteście?
-Nie marudź tylko idź. Samara jesteś.-przymknął oczy Harry.
Odwróciłam się w stronę drzwi i przyjrzałam się im uważnie. Zrobiłam krok do przodu i zapytałam:
-Nie zostawicie mnie prawda?
-Jakbyśmy wiedzieli gdzie jesteśmy to może tak, ale w takiej sytuacji to nie. Poza tym, gdybyś zobaczyła że nas nie ma wyleciałabyś z tego domku z szybkością odrzutowca, a następnie poćwiartowałabyś nas na kawałki więc...-Mike i te jego sensowne odpowiedzi.
Westchnęłam ciężko. Ok, idę. Zrobiłam kolejny krok do przodu. I jeszcze jeden. Słyszałam każdy szelest liścia i każdy niespokojny krok chłopaków za mną. Weszłam na drewniane schody. Skrzypnięcie. Jeszcze trzy kroki, dwa i jeden...Podniosłam wzrok i zobaczyłam te drzwi które budziły taką grozę. Co jest za nimi? Co to w ogóle za dom? I czemu ja do cholery idę pierwsza?
Popatrzyłam kątem oka na chłopaków. Stali za mną czekając czy zginę. O ile wyjdę z tego cała to im wygarnę...
Uniosłam dłoń i położyłam dłoń na klamce. Po plecach przebiegł mi dreszcz. Wszystkie dźwięki wokół mnie jeszcze bardziej się nasiliły. Moja druga ręka zaczęła mi się trząść. Zacisnęłam ją w pięść. Nie. Teraz się nie cofnę. Nacisnęłam klamkę. Matko, jaki stary mechanizm. Serce waliło mi strasznie mocno. Wzięłam głęboki oddech i pociągnęłam klamkę. Nic. Popchnęłam drzwi. Też nic.
-Zamknięte.-odwróciłam się przodem do chłopaków. Uff...po kłopocie. Jednak ich wzrok mówił co innego. Był jakiś taki...dziwny.
-Odwróć się.-wyszeptał Mike.
Zamarłam. Sparaliżował mnie strach. Wszystkie mięśnie napięłam a moje usta lekko się otworzyły. Coś się za mną stało. Tylko co? Nie. Nie odwrócę się. Zrobiło mi się jeszcze bardziej zimno.
-Sami, odwróć się.-powtórzył Mike.
Zacisnęłam powieki i zaczęłam szybko oddychać.
-Co jest za mną?-zapytałam.
-Odwróć się.-Mike! Cholera!
-Powiedzcie.
Tym razem siedzieli cicho. Westchnęłam i obróciłam się gwałtownie. Już chciałam zacząć piszczeć, ale okazało się, że nic tam nie ma.
Usłyszałam jak chłopaki zaczynają się śmiać za mną. Odwróciłam się. Wręcz leżeli ze śmiechu.
-Ha, ha, ha. Śmieszne.-nie było mi do śmiechu. Na prawdę się wystraszyłam.
-Gdybyś widziała swoją minę!-śmiał się coraz głośniej Harry.
-Oh spadaj, chyba że chcesz oberwać w pysk.-powiedziałam. Umilkł. Już raz oberwał i chyba nie chce po raz drugi mieć odbitej mojej ręki na policzku.
Drzwi za mną głośno skrzypnęły. Odwróciłam się szybko i doskoczyłam do chłopaków. Były otwarte. Ale jeszcze przed chwilą nie mogłam ich otworzyć.
-Wychodzi że nasza Samarka nie umie otwierać drzwi.-uśmiechnął się Mike.
-Ale...przecież były zamknięte.-próbowałam sie tłumaczyć.
-A stamtąd zaraz wyskoczy zielona owca.-mruknął Harry.
Nie zdziwiłabym się gdyby się tak stało. Niestety żadna owca nie wybiegła, a drzwi nadal były otwarte.
-No to jak tak hardkożycie to który teraz?-skrzyżowałam ramiona.
-Ty.-Mike i Harry wskazali na siebie.
-Tak myślałam. Kamień, papier, nożyce?
-Tak gra jest zdradliwa!-obrócił się Mike.
*przesuńmy do momentu kiedy Mike się zgodził, ok? To przekonywanie trochę trwało...*
-Wygrałem!-Harry 'przeciął' rękę Mike'a.
-To nie fair! Gramy jeszcze raz?
-Nie.-Harry pokazał mu język.
-No lol.-podszedł do drzwi, wszedł do domu i instynktownie się rozejrzał.
-Nie ma tu nic stra...
Zatrzasnęłam głośno drzwi. Stałam za nimi tak, że Mike mnie nie widział. Niech ma za swoje. Usłyszałam wrzaski za drzwiami i uderzenia pięści. Zaśmiałam się i wyłączyłam dyktafon w telefonie. No co? Jakaś pamiątka musi być. Potrzymałam go tam jeszcze trochę, a później otworzyłam mu drzwi. Wielki pan Mike wyleciał stamtąd jak opętany.
-Haha, gdybyś słyszał swoje wrzaski...-zwróciłam się do niego.
-Oj przymknij się ja cię nie zamknąłem w tej chacie po ciemku! A właśnie, jest czysto, ale cholernie ciemno.-uśmiechnął sie.
-Zdążyłeś sprawdzić cały dom?-zapytał Harry.
-Zrobiłem nawet dwie rundki.
-Zajebista fryzura.-uniosłam brew. Fryzura Mike'a zawierała liście, kilka pajęczyn, dużą ilość kurzu i trochę zaschniętej farby nie wiadomo skąd.
Po tym jak Mike doprowadził się do stanu 'nie pytaj co mam z włosami' weszliśmy do domu, oświetlając sobie drogę telefonami. Rzeczywiście. Domek wyglądał nawet przytulnie. Harry znalazł włącznik światła.
-Włączyć?-zapytał.
-Nie!-zaprzeczyliśmy z Mike'm. Wiem co się może stać. Cały dom się zawali. Albo ściany się zaczną przysuwać. Albo zgniotą nas kolce wysuwające się z sufitu i podłogi. Albo jeszcze coś innego. Ja już mam doświadczenie. Mike chyba pomyślał o tym samym.
Harry wzruszył ramionami i nacisnął włącznik. Coś gdzieś pstryknęło i nagle wszystko się zapaliło. Usłyszałam narastający głośny pisk. Zakryłam uszy. To mi zaraz rozsadzi głowę. Pisk ustał, a wszystkie żarówki jakie widzieliśmy wybuchły zostawiając po sobie tylko gasnące światełko.
-No i co narobiłeś?-zobaczyłam ciemną postać Mike'a która miała ochotę wpierdolić Harry'emu.
-Nie moja wina.-odezwał się głos z drugiego końca pokoju.
-Zgubiłam telefon.-mruknęłam.
-Ja też. Co to był za pisk?-zapytał Harry.
-Nie wiem. To chyba zbyt duże wyładowanie elektryczne albo coś.
-Nic nie widzę. Ciemno tu jak w dupie...-mruknął znów Harry.
-Naprawdę?!-zapytał z udawanym zdziwieniem Mike.
-Nawet drzwi nie widać.-mruknęłam.
-Sami, gdzie ty stałaś?-zapytał Mike. Jego postać zniknęła gdzieś w ciemności.
-Zaraz coś spierdolimy...znów. Ja najbliżej drzwi.-odparłam.
-Mów cokolwiek to cię znajdę po głosie. Harry idź w tą samą stronę.
-Gunwo widzę!-wrzasnął.
-Słuchaj Sami.-Mike strzelił face palm.
Zaczęłam powtarzać tekst do Papercut od Linkin Park. I usłyszałam stłumione krzyki chłopaków i uderzenie o podłogę.
-Jak chodzisz baranie!
-Jak ty chodzisz cwelu!
A chwilę później...
-Gdzie mi tu chodzisz, pedale jeden?!
-Zamknij się! Samary nie słyszę!
Zamiast znaleźć mnie przypierdzielali w siebie. Mądre. Niedługo później ktoś nareszcie pociągnął mnie za włosy, za co oberwał w ryj.
-Samara!-usłyszałam głos Mike'a.
-Sorry! Nie widziałam cię.-uśmiechnęłam się lekko.
-Ale, co?
-No uderzyłam cię.-uniosłam brew.
-Nie.
-Jak nie jak tak...Harry?
Cisza.
-Harry oberwał.-mruknęłam.
-No i zajebiście. Ok o ile dobrze mi się wydaje to jestem obok ciebie więc...-ktoś dźgnął mnie w ramię.
-Tak to ja.-zaśmiałam się lekko.
Nagle zapaliło się światło. Tak po prostu.
-Wow.-Mike popatrzył na lampę która wisiała centralnie nad nami.
-I cudnie.-odwróciłam się. Harry leżał za mną. Tak, to on dostał w pysk.
-Czyli mamy tam spać, tak?-zapytał Harry.
-Popierdoliło cię?-zapytałam. Odzyskałam zdolność głosu fuck yeah! Harry jednak nie jest taki normalny.
-Sami, nie mamy wyboru.-nie no Mike też?
-Nie ma mowy! Ja tutaj zostaję!-skrzyżowałam ramiona i odwróciłam się do nich tyłem.
-No dobra, jak chcesz to ty zostań. Sama. Ciemno jest. Widziałaś ten cień koło drzewa, nie było go przedtem...-mówił spokojnie Mike.
Instynktownie się obróciłam. No ok. Wystraszył mnie. Niby kilka niepozornych strasznych słówek dla dzieci, ale w takiej sytuacji...
-Yhh...no dobra.-mruknęłam. To się źle skończy.
Poszliśmy w trójkę pod dom. Szłam pomiędzy Mike'm i Harry'm. Stanęliśmy tak przed drzwiami. Stałam na wprost zardzewiałych drzwi.
-Masz najbliżej.-szepnął do mnie Harry i popchnął mnie lekko do przodu. Odwróciłam się do nich. Mike pokazał kciuki uniesione w górę, a Harry uśmiechał się szeroko.
-Nie pójdę tam pierwsza.-powiedziałam.
-Ależ pójdziesz.-oświadczył Mike.-Damy mają pierwszeństwo.
-Mężczyźni są dżentelmenami jak im pasuje.-wywróciłam oczami.-A to niby wy tacy odważni jesteście?
-Nie marudź tylko idź. Samara jesteś.-przymknął oczy Harry.
Odwróciłam się w stronę drzwi i przyjrzałam się im uważnie. Zrobiłam krok do przodu i zapytałam:
-Nie zostawicie mnie prawda?
-Jakbyśmy wiedzieli gdzie jesteśmy to może tak, ale w takiej sytuacji to nie. Poza tym, gdybyś zobaczyła że nas nie ma wyleciałabyś z tego domku z szybkością odrzutowca, a następnie poćwiartowałabyś nas na kawałki więc...-Mike i te jego sensowne odpowiedzi.
Westchnęłam ciężko. Ok, idę. Zrobiłam kolejny krok do przodu. I jeszcze jeden. Słyszałam każdy szelest liścia i każdy niespokojny krok chłopaków za mną. Weszłam na drewniane schody. Skrzypnięcie. Jeszcze trzy kroki, dwa i jeden...Podniosłam wzrok i zobaczyłam te drzwi które budziły taką grozę. Co jest za nimi? Co to w ogóle za dom? I czemu ja do cholery idę pierwsza?
Popatrzyłam kątem oka na chłopaków. Stali za mną czekając czy zginę. O ile wyjdę z tego cała to im wygarnę...
Uniosłam dłoń i położyłam dłoń na klamce. Po plecach przebiegł mi dreszcz. Wszystkie dźwięki wokół mnie jeszcze bardziej się nasiliły. Moja druga ręka zaczęła mi się trząść. Zacisnęłam ją w pięść. Nie. Teraz się nie cofnę. Nacisnęłam klamkę. Matko, jaki stary mechanizm. Serce waliło mi strasznie mocno. Wzięłam głęboki oddech i pociągnęłam klamkę. Nic. Popchnęłam drzwi. Też nic.
-Zamknięte.-odwróciłam się przodem do chłopaków. Uff...po kłopocie. Jednak ich wzrok mówił co innego. Był jakiś taki...dziwny.
-Odwróć się.-wyszeptał Mike.
Zamarłam. Sparaliżował mnie strach. Wszystkie mięśnie napięłam a moje usta lekko się otworzyły. Coś się za mną stało. Tylko co? Nie. Nie odwrócę się. Zrobiło mi się jeszcze bardziej zimno.
-Sami, odwróć się.-powtórzył Mike.
Zacisnęłam powieki i zaczęłam szybko oddychać.
-Co jest za mną?-zapytałam.
-Odwróć się.-Mike! Cholera!
-Powiedzcie.
Tym razem siedzieli cicho. Westchnęłam i obróciłam się gwałtownie. Już chciałam zacząć piszczeć, ale okazało się, że nic tam nie ma.
Usłyszałam jak chłopaki zaczynają się śmiać za mną. Odwróciłam się. Wręcz leżeli ze śmiechu.
-Ha, ha, ha. Śmieszne.-nie było mi do śmiechu. Na prawdę się wystraszyłam.
-Gdybyś widziała swoją minę!-śmiał się coraz głośniej Harry.
-Oh spadaj, chyba że chcesz oberwać w pysk.-powiedziałam. Umilkł. Już raz oberwał i chyba nie chce po raz drugi mieć odbitej mojej ręki na policzku.
Drzwi za mną głośno skrzypnęły. Odwróciłam się szybko i doskoczyłam do chłopaków. Były otwarte. Ale jeszcze przed chwilą nie mogłam ich otworzyć.
-Wychodzi że nasza Samarka nie umie otwierać drzwi.-uśmiechnął się Mike.
-Ale...przecież były zamknięte.-próbowałam sie tłumaczyć.
-A stamtąd zaraz wyskoczy zielona owca.-mruknął Harry.
Nie zdziwiłabym się gdyby się tak stało. Niestety żadna owca nie wybiegła, a drzwi nadal były otwarte.
-No to jak tak hardkożycie to który teraz?-skrzyżowałam ramiona.
-Ty.-Mike i Harry wskazali na siebie.
-Tak myślałam. Kamień, papier, nożyce?
-Tak gra jest zdradliwa!-obrócił się Mike.
*przesuńmy do momentu kiedy Mike się zgodził, ok? To przekonywanie trochę trwało...*
-Wygrałem!-Harry 'przeciął' rękę Mike'a.
-To nie fair! Gramy jeszcze raz?
-Nie.-Harry pokazał mu język.
-No lol.-podszedł do drzwi, wszedł do domu i instynktownie się rozejrzał.
-Nie ma tu nic stra...
Zatrzasnęłam głośno drzwi. Stałam za nimi tak, że Mike mnie nie widział. Niech ma za swoje. Usłyszałam wrzaski za drzwiami i uderzenia pięści. Zaśmiałam się i wyłączyłam dyktafon w telefonie. No co? Jakaś pamiątka musi być. Potrzymałam go tam jeszcze trochę, a później otworzyłam mu drzwi. Wielki pan Mike wyleciał stamtąd jak opętany.
-Haha, gdybyś słyszał swoje wrzaski...-zwróciłam się do niego.
-Oj przymknij się ja cię nie zamknąłem w tej chacie po ciemku! A właśnie, jest czysto, ale cholernie ciemno.-uśmiechnął sie.
-Zdążyłeś sprawdzić cały dom?-zapytał Harry.
-Zrobiłem nawet dwie rundki.
-Zajebista fryzura.-uniosłam brew. Fryzura Mike'a zawierała liście, kilka pajęczyn, dużą ilość kurzu i trochę zaschniętej farby nie wiadomo skąd.
Po tym jak Mike doprowadził się do stanu 'nie pytaj co mam z włosami' weszliśmy do domu, oświetlając sobie drogę telefonami. Rzeczywiście. Domek wyglądał nawet przytulnie. Harry znalazł włącznik światła.
-Włączyć?-zapytał.
-Nie!-zaprzeczyliśmy z Mike'm. Wiem co się może stać. Cały dom się zawali. Albo ściany się zaczną przysuwać. Albo zgniotą nas kolce wysuwające się z sufitu i podłogi. Albo jeszcze coś innego. Ja już mam doświadczenie. Mike chyba pomyślał o tym samym.
Harry wzruszył ramionami i nacisnął włącznik. Coś gdzieś pstryknęło i nagle wszystko się zapaliło. Usłyszałam narastający głośny pisk. Zakryłam uszy. To mi zaraz rozsadzi głowę. Pisk ustał, a wszystkie żarówki jakie widzieliśmy wybuchły zostawiając po sobie tylko gasnące światełko.
-No i co narobiłeś?-zobaczyłam ciemną postać Mike'a która miała ochotę wpierdolić Harry'emu.
-Nie moja wina.-odezwał się głos z drugiego końca pokoju.
-Zgubiłam telefon.-mruknęłam.
-Ja też. Co to był za pisk?-zapytał Harry.
-Nie wiem. To chyba zbyt duże wyładowanie elektryczne albo coś.
-Nic nie widzę. Ciemno tu jak w dupie...-mruknął znów Harry.
-Naprawdę?!-zapytał z udawanym zdziwieniem Mike.
-Nawet drzwi nie widać.-mruknęłam.
-Sami, gdzie ty stałaś?-zapytał Mike. Jego postać zniknęła gdzieś w ciemności.
-Zaraz coś spierdolimy...znów. Ja najbliżej drzwi.-odparłam.
-Mów cokolwiek to cię znajdę po głosie. Harry idź w tą samą stronę.
-Gunwo widzę!-wrzasnął.
-Słuchaj Sami.-Mike strzelił face palm.
Zaczęłam powtarzać tekst do Papercut od Linkin Park. I usłyszałam stłumione krzyki chłopaków i uderzenie o podłogę.
-Jak chodzisz baranie!
-Jak ty chodzisz cwelu!
A chwilę później...
-Gdzie mi tu chodzisz, pedale jeden?!
-Zamknij się! Samary nie słyszę!
Zamiast znaleźć mnie przypierdzielali w siebie. Mądre. Niedługo później ktoś nareszcie pociągnął mnie za włosy, za co oberwał w ryj.
-Samara!-usłyszałam głos Mike'a.
-Sorry! Nie widziałam cię.-uśmiechnęłam się lekko.
-Ale, co?
-No uderzyłam cię.-uniosłam brew.
-Nie.
-Jak nie jak tak...Harry?
Cisza.
-Harry oberwał.-mruknęłam.
-No i zajebiście. Ok o ile dobrze mi się wydaje to jestem obok ciebie więc...-ktoś dźgnął mnie w ramię.
-Tak to ja.-zaśmiałam się lekko.
Nagle zapaliło się światło. Tak po prostu.
-Wow.-Mike popatrzył na lampę która wisiała centralnie nad nami.
-I cudnie.-odwróciłam się. Harry leżał za mną. Tak, to on dostał w pysk.
Subskrybuj:
Posty (Atom)