Tak bardzo byliśmy tym pochłonięci, że nie zauważyliśmy jak zapadła głęboka noc a później ranek. Jakoś koło piątej odłożyliśmy wszystkie kartki i zaczęliśmy rozmawiać o tym co znaleźliśmy.
-Ja niewiele.-zaczął Mike.-Jeszcze więcej artykułów o Alex. Trochę o drugiej wojnie światowej i...o Czarnobylu!-wykrzyknął z radością.
Mike ma hopla na punkcie Czarnobyla. Jak się stąd wydostaniemy to kolejnym jego celem będzie właśnie Czarnobyl. Tylko, że ja nie jadę. Zbyt bardzo się boję że skończymy wśród napromieniowańców którzy ponoć nadal się tam błąkają...
-Ja mam zdjęcia klapy i tej grupki przyjaciół, jakiegoś korytarza, ludzi w białych fartuchach i na razie tyle.-oświadczył Harry.
-A ja tylko o pacjentach i o pojebanych metodach leczenia.-wzruszyłam ramionami.-Chce sie wam spać?
-Mi się chciało, ale jak zobaczyłem że pracujecie to wróciłem do przeglądania.-odpowiedział Harry.
-A mi nie. Sen jest...
-Dla śmiertelników.-dokończyłam za Mike'a. Tak, tak.
-To mam pomysł. Chodźcie na tą dróżkę co wczoraj chcieliście sprawdzić.-oświadczyłam.
-Lajcik.-uśmiechnął sie Harry.
Wyszliśmy na zewnątrz. Był piękny słoneczny dzień. Tkwiliśmy tu już trzy dni. Kolejna nadzieja na wydostanie się stąd pojawiła się na horyzoncie.
Ruszyliśmy do tej ścieżki. Rzeczywiście. Była wąska i mało dostrzegalna, ale na końcu majaczył jakiś mały budyneczek.
-Chodźcie.-prowadził Harry.
Przecisnęliśmy się przez gałęzie i zwalone pnie drzew. Serio nie było łatwo. Droga okropnie się dłużyła, a ja o mało co nie wyrżnęłam kilka razy.
-Wszyscy cali?-zapytał Mike kiedy byliśmy już na końcu.
-Nie, moja druga połowa zbiera się z ziemi.-mruknęłam wyplątując z włosów suche liście.
-Ok. Wow...-Harry rozejrzał się.
Na serio wow. Drzewa tworzyły tu coś w rodzaju kopuły. Ich korony były tak splątanie, że tworzyły sufit, przez który na prawdę rzadko przeciskał się promień słoneczny.
Z zamyśleń wyrwało mnie brzęczenie. Telefon Harry'ego.
-Ktoś dzwoni?!-wrzasnęłam z Mike'm.
-Heh...nie. Bateria mi zaraz padnie.-uśmiechnął sie przepraszająco.
-No to jeden telefon mniej.-mruknął Mike.-Jest tu zasięg?
-A jak myślisz?-zapytał Harry.
-Czyli nie.-popatrzyłam jeszcze raz na wszystko i podeszłam bliżej małego budynku.
-Uuu Sami hardkoży.-zaśmiał się Mike.
-Nie, to po prostu...-podeszłam do drzwi i popchnęłam je lekko.-ciekawość.-otworzyły się z cichym skrzypnięciem.
Budynek był tak na prawdę pokojem. A ściślej gabinetem. Stało tam biurko, podniszczone krzesło i białe szafki.
Coś mnie ciągnęło do środka. Podeszłam do biurka i spojrzałam na blat.
Za mną byli Mike i Harry. Patrzyli na białe szafki.
-Czemu ja czuję insulinę?-mruknął Harry.
-W środku są leki.-oświadczył Mike wskazując na szafki.
Otworzyłam jedną z szuflad biurka. Pod stertą czystych kartek znalazłam jedną kartotekę. Nieoznaczoną z zewnątrz. Był na niej tylko czerwony 'x'. Ostrożnie wyciągnęłam po nią dłoń.
Nagle drzwi gwałtownie się zatrzasnęły. Wrzasnęłam i zrobiło się bardzo ciemno. Nie było tu okien, ani lampy. Poczułam dreszcze na plecach.
-Sami, Harry?-to był głos Mike'a.
-Obecny.-odezwał się Harry.
-Sami?-ponownie zapytał Mike.
Poczułam dłoń na ramieniu. Zimną. Zacisnęła się na ramieniu jak sznur.
-Chłopaki.-szepnęłam.-Boję się.
-Nie ma czego. Zaraz znajdę drzwi.-Mike zaczął chodzić po pokoju.
Uścisk na mojej dłoni nie ustępował.
-Harry.-szepnęłam znowu.
-Hm?
-Puść, proszę.
-Ale ja nic nie trzymam.
Zaczęłam coraz szybciej oddychać. Ciało stało się kamieniem. Puls gwałtownie przyspieszył.
-Skoro ty mnie nie trzymasz, a Mike chodzi po pokoju.-przełknęłam głośno ślinę.-To...kto?
Drzwi otworzyły się jakby popchnięte przeciągiem i zobaczyłam w lustrze czarny cień za sobą. Trzymał mnie za ramię.
-Boję się.-usłyszałam cichy głos.
Wrzasnęłam i uderzyłam z całej siły w szafkę. Butelki z lekami poleciały na ziemię. Usłyszałam chrzęst metalu, który właśnie się przewracał na mnie. Przykryłam dłoniami twarz i...i nic.
Odważyłam się spojrzeć w górę. Harry przytrzymywał metalową szafkę.
-Wstawaj! Długo nie wytrzymam!
Szybko przeniosłam się w stronę drzwi. Serce dalej mi waliło a oddech był jeszcze szybszy. Harry puścił półkę która uderzyła głośno o ziemię. Popatrzyłam na to wszystko. Wokół walało się szkło z butelek. Wszędzie były rozlane leki i porozsypywane tabletki. Ściskałam w dłoniach kartotekę patrząc na wszystko szeroko otwartymi oczami.
Popatrzyłam na Harry'ego i natychmiast zaniosłam się płaczem. To wszystko było straszne. Historia z psychiatrykiem, zaginięcie dziewczyny, uwięzieni my, a do tego to...to coś! Po prostu nie wytrzymałam.
-Sami co jest? Co jej jest?-to był głos Mike'a.
-Nie mam pojęcia. Kiedy tylko otworzyłeś drzwi uderzyła o szafkę i wszystko poleciało.
Czy oni tego nie widzeli? A może to ja zaczynam mieć urojenia? Boję się, że uwolniliśmy jakieś zło, a powrót do domu nie będzie zwykłym opuszczeniem lasu.
Wróciliśmy do domu a ja nadal nie umiałam się pozbierać. Usiadłam w salonie. Moje dłonie jakby zakleszczyły się na kartotece x. Patrzyłam nieobecnym wzrokiem przed siebie. Kiedy już się uspokoiłam zaczęły docierać do mnie rozmowy chłopaków.
-Sami? Sami, powiedz coś.-Harry siedział naprzeciw mnie.
Zamrugałam kilka razy oczami i popatrzyłam na niego.
-Boję się.-wyszeptałam.
Więcej, więcej, więcej <3
OdpowiedzUsuńspokojnie, daj mi czas ;___; xD
Usuń