Podeszłam do biurka. Przyjrzałam się zdjęciom. To były zdjęcia tego domu. Z zewnątrz i od środka. Ktoś je wydrukował. Obok była kartka z wiadomością. To był chyba mail.
"Siema co myślisz o tej? Chyba tam jeszcze nie byliśmy. Może być ciekawie. Weźcie latarki musimy to ogarnąć od środka. Mam nadzieję że Alex nie zapomni swojej tak jak ostatnio ^^"
Obok był wycinek ze starej gazety zatytułowany "Tajemnicze zaginięcie nastolatki. Wymysł przyjaciół, czy prawda?"
"Grupka przyjaciół wybrała się pewnego razu do lasu. Ich celem był podburzony budynek zza czasów drugiej wojny światowej, w którym przechowywano niezrównoważonych psychicznie ludzi. Dziewczyna która była z nimi prawdopodobnie zaginęła w lesie, ale przyjaciele utrzymują się przy innej wersji. Ponoć łomem otworzyli klapę w łazience i wybrali się tam zostawiając jednego na czatach. Dziewczyna została sama w podziemiach bo reszta musiała wrócić po nastolatka na górze. Nagle usłyszeli przeraźliwy krzyk i uciekli stamtąd. Nastolatka została w domu. Niestety nie są to potwierdzone informacje. Kiedy policja wybrała się na miejsce wypadku, oświadczyli, że klapa jest zamknięta za mocną kłódkę, której nie da się otworzyć zwykłym łomem. Zamknęli sprawę. Dziewczyna do tego momentu nie wróciła do domu."
Do artykułu były dołączone zdjęcia. Klapy, domu i grupki przyjaciół. W czerwonym kółku była postać zaginionej dziewczyny.
-To chyba ta Alex.-mruknęłam i spojrzałam na inne kartki.
Znalazłam jeszcze jeden wydrukowany mail.
"Wróćcie ze mną po nią! Ja wiem że coś się jej stało. Nie możemy jej tak zostawić."
"Powaliło cię? Nigdy tam nie wrócę. Nawet za cenę życia Alex. Na prawdę się wystraszyłem."
"Fajny z ciebie przyjaciel. Myślałem że stanowiliśmy grupę ale jednak się pomyliłem."
"To nie tak. Ja się po prostu boję."
"Jeśli ty mi nie pomożesz to pójdę sam. Nie zostawię jej."
"A jeśli wrócisz z niczym? Albo w ogóle nie wrócisz?"
"Przynajmniej będę wiedział co się stało i będę miał czyste sumienie."
Kimkolwiek był rozmówca który nie chciał iść - nie odpisał. Kolejna kartka.
"Nigdy tam nie wrócę!"
"Co się stało?"
"Poszedłem tam i kiedy już byłem pod drzwiami dostałem SMS. Nigdy nie zgadniesz od kogo."
"Od tej Anki?"
"To nie jest śmieszne. Od Alex."
Reszta była oderwana. Nie mogłam niczego więcej odczytać. Dziwna historia. Wszystko to wydarzyło się w 2005. Niesamowite.
Z zamyśleń wyrwało mnie ciche skrzypnięcie drzwi. Spojrzałam na nie. Z każdą chwilą były coraz bardziej otwarte aż otworzyły się całkowicie.
-Przeciąg.-mruknęłam.-Tak...?
Podeszłam do drzwi i je zamknęłam. Wróciłam do biurka by popatrzeć na resztę kartek. I nagle coś mi się przypomniało.
-Latarka. Przecież zgubiła ją Alex. A ja wczoraj...
Wyszłam z pokoju i rozejrzałam sie po domu. Było jeszcze zimniej. Wszystko wyglądało jednak o wiele lepiej niż w nocy. Stanęłam w miejscu gdzie kończyła się podłoga. Zaczęłam wzrokiem przeszukiwać pozostałości schodów. Gdzieś tu powinna być...Nie ma jej. Tak jakby wyparowała. Może Hike albo Marry ją wzięli?
Wróciłam do pokoju gdzie spali chłopaki. Poczułam że jestem głodna. Musimy szybko dostać sie do miasta, albo padnę.
-Co teraz?-zapytałam, samą siebie. Tak, znowu zaczynam. Nieważne.
*kilka godzin później*
Praktycznie usypiałam. Moim celem było czekanie aż te debile się obudzą i postanowić wspólnie co dalej. Niestety, trochę musiałam poczekać. Nagle jeden z nich się poruszył. Był to Harry, o dziwo prawie równocześnie wstał Mike.
-No nareszcie.-przywitałam ich 'wesoło'-O mało z głodu nie umarłam.
-Właśnie mi przypomniałaś o czymś o czym nie powinienem sobie przypominać.-westchnął Harry.
-Trzeba skombinować żarcie.-zauważył Mike.
-Sam na to wpadłeś?-mruknęłam.
-No.-uśmiechnął się.
-Ej, grupa.-Harry stał przy oknie.-Mam żarcie.
Podeszłam do okna. Zobaczyłam tam małego, wesoło kicającego zajączka.
-Nie! Chyba nie masz zamiaru go jeść! Ja i tak bym nic nie ruszyła. Nie jem mięsa. W ogóle jak ty chcesz na niego zapolować geniuszu?-skrzyżowałam ramiona.
-Nie jestem aż takim skończonym debilem.-pokręcił głową Harry.-Patrz wyżej.
Spojrzałam ponownie. Obok zajączka który zaczął biec w głąb lasu rosło drzewo. Duże i rozłożyste. To jabłoń.
-Łuu. Są jabłka jest impreza.-podniósł ręce do góry Mike.-Chodźcie bo padam z głodu.
poniedziałek, 28 października 2013
piątek, 25 października 2013
Rozdział 4 "Dobranoc!"
Usiadłam na podłodze w miejscu gdzie kiedyś znajdowały się schody i zaczęłam swobodnie machać nogami. Czas strasznie się dłużył.
-No gdzie on jest?-niecierpliwił się Mike.
Spojrzałam w dół. Pomiędzy kawałkami drewna zobaczyłam czarny przedmiot.
-Hej, Mike. Co to?-zapytałam.
-Hmm...chyba...latarka?-zastanawiał się.
-O lol.-mruknęłam.
Chwilę później wrócił Harry.
-Masz coś?-zapytał Mike.
-A ja miałem po coś iść?-zdziwił się.
-A jak myślisz, po co cię wysłaliśmy?-zapytał Mike. Ja byłam zdolna tylko do tego żeby strzelić face-palm i użalać się nad głupota Harry'ego, która granic nie zna.
-Aha. Już pamiętam.-oświeciło go.-Skaczcie.-rozłożył ramiona i poszedł do salonu. Skoro nie poszedł szukać drabiny co on robił ja się pytam?
-Jak tylko stąd zejdę to ci nogi z dupy powyrywam!-wydarłam się na niego i popatrzyłam na towarzysza niedoli.
-Co teraz?-zapytał Mike.
-O to samo chcę zapytać.-skrzyżowałam ramiona.
*jakieś pół godziny później?*
-Ok Sami. Trzy, czte-ry!-ryknął Mike.
Następnie nastąpiło wielkie i głośne dup, wiązanka mocnej łaciny i mój wrzask.
Plan był taki. Musieliśmy ułożyć stolik który znaleźliśmy w pokoju, tak żeby nie przewrócił się kiedy będzie na podłodze piętro niżej. Na niego poleciał jeszcze jeden stolik, który jakimś cudem był większy. Następnie deska i kilka książek o gotowaniu. Kiedy chwiejna i nieregularna piramida sięgała do piętra, naszym punktem numer dwa był parkour. Z budowli mieliśmy skoczyć na stolik pod drzwiami a z niego na ziemię. Nie wiem czemu przyszło nam do głowy to by to zrobić jednocześnie, no ale nieważne. Grunt w tym, że plan kompletnie nie wypalił. Nie przekroczyliśmy nawet punktu numer dwa. Polegliśmy przy pierwszym kroku. No ale jest też ta lepsza strona. Byliśmy szybciej na ziemi!
-Mój piszczel!-darł się Mike.-Rozjebałem se piszczel!
Mnie za to bolały żebra, ale nic poważniejszego mi się nie działo. Podniosłam głowę. Przed nami stał Harry i jak gdyby nigdy nic się nam przyglądał. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały miałam tylko jedną chęć.
-Idę ci wpierdolić.-wstałam zadziwiająco szybko i zaczęłam gonić uciekającego Harry'ego.
Kiedy Harry dostał porządny wpierdziel jednym z porcelanowych talerzy postanowiłam ogarnąć co z Mike'm.
-Jak tam Mike?-zapytałam klękając obok ciężko poszkodowanego który nadal nie wstał.
-Prędko przyszłaś.-mruknął.-Nakurwia mnie piszczel i nie mogę chodzić, ale ogólnie jest dobrze.
-A, to spoko.-uśmiechnęłam się.
-Gdzie Harry?-zapytał.
-Musi pozbyć się odłamków porcelany z ubrania.-westchnęłam i wstałam.
-Haha.-Mike wstał po chwili i lekko utykając poszedł do salonu.
-Która godzina?-zapytał Harry siadając koło Mike'a.
-Twoja ostatnia.-odezwał się Mike.-Jak tylko mi się polepszy to masz wpierdziel.
-2:10.-wywróciłam oczami i usiadłam obok debili.
-Idę coś wszamać.-zadecydował Mike.
-A masz cokolwiek do jedzenia?-mruknęłam.
-No racja.-westchnął.
-Zginiemy tutaj.-zaczął rozpaczać Harry.
-Jutro pójdziemy ogarnąć jakąś cywilizację. Miasto nie powinno być zbyt daleko. Podstawą jest to, żeby dostać się do drogi.-powiedziałam.
-Mamy już plan. Teraz trzeba tylko poczekać.-odparł Mike.
-Nie wiem jak wy, ale ja chyba pójdę spać.-westchnęłam.
-Chcesz spać po tylu przeżyciach?-zdziwił się Mike.-Ja bym nie dał rady.
-Sami ma rację. Jutro nie będziemy mieli siły żeby iść.-wow, Harry jednak potrafi pomyśleć logicznie.
-Tylko, heh...-upomniałam się.-Jak wejdziemy na górę?
-No kurwa wiedziałem!-skrzyżował ramiona Mike.
*piętnaście minut później*
-Wiem! Podstawimy krzesła i stoliki.-myślał Harry.
-Ta taktyka się nie sprawdza.-odpowiedziałam.
-Ale spróbować warto.
Kiedy poukładaliśmy kilka krzeseł i stolików, utworzyły się prowizoryczne schodki. Jeśli jesteś pijany, to lepiej tędy nie wchodź.
-Biorę to.-rzuciłam się na jedno z łóżek ustawionych przy ścianie.
-Ja to!-ryknął Mike.
-Ale ja nie chcę pod drzwiami!-sprzeciwił się Harry.
-Nie bądź ciota.-uśmiechnął się Mike.
Usiadłam na łóżku. Twarde i niewygodne no ale biorę co dają, nie?
-Ktoś z was chrapie w nocy?-zapytał Harry.
-Nie.-zaprzeczyliśmy z Mike'm.
-To dobrze. Jestem bardzo wrażliwy.-Harry ułożył się wygodnie na łóżku.
Wstałam i podeszłam do biurka. Zobaczyłam tam sporo kartek a między nimi kilka zdjęć tego domu. Chciałam się temu przyjrzeć bliżej, ale postanowiłam że zostawię to na jutro.
Położyłam się na niewygodnym łóżku i spojrzałam w sufit. W co ja się znowu wpakowałam? Kłopoty z nimi to jednak tradycja...
-Ok, to dobranoc!-Harry zgasił lampkę koło łóżka.
-Nie, Harry!-ryknęłam na raz z Mike'm. Tak jak się spodziewaliśmy wszystkie światła zgasły.
-Zabiję cię debilu!-Mike zaczął się wydzierać.
-Nie moja wina!-bronił się Harry.
-Tak, pewnie! Jak myślisz, co teraz?
-Pójdziemy spać?
-Jesteśmy w środku lasu nie wiemy czy to nie jest miejsce spotkań jakichś meneli, żuli czy satanistów. Co do tego ostatniego to Sami miałaby gdzie się podziać.
-Powiedział ten co ubiera się na biało i nie nosi glanów.-mruknęłam.
-To że mam czarne ciuchy i noszę glany nie znaczy że jestem satanistą.
-Ale ty nim właśnie jesteś.-upierałam się.
-Dobra ja próbuję spać.-usłyszałam skrzypnięcie łóżka. Harry pewnie obracał się na bok.
Zamknęłam oczy i postarałam się usnąć. Mike miał rację, było na serio ciężko. Kiedy mój wzrok przyzwyczaił się do ciemności zaczęłam wyróżniać poszczególne obiekty niedaleko. No ale nareszcie zasnęłam. Obudziło mnie głośne skrzypnięcie. Otworzyłam szybko oczy i rozejrzałam się po pokoju. Telefon. 4:30?! Serio? Dlaczego to tak długo trwa? Usłyszałam chrapanie.
-Mike? Śpisz?-zapytałam.
-Nie. Nie da się spać kiedy ten pajac chrapie jak opętany. Dziwi mnie że ty zasnęłaś.
-Jest dopiero czwarta trzydzieści.-wyjrzałam przez okno.-Ale niedługo powinno zacząć świtać.
-Ta...
-W ogóle nie spałeś?
-Nie. Ile razy mam ci mówić? Sen jest dla śmiertelników. Poza tym, ktoś musiał trzymać wartę nie?
-Racja.-ułożyłam się wygodniej.
Sama nie wiem kiedy ponownie zasnęłam. Obudziłam się kiedy pierwsze promienie słońca zaczęły wpadać do pokoju. Usiadłam na łóżku. Było zimno. Za oknem unosiła się lekka mgła. Harry nadal chrapał a Mike spał. Tak, tak, sen jest dla śmiertelników...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hmm...myślę że się podobało xD liczę na opinie z Waszej strony ;____;
-No gdzie on jest?-niecierpliwił się Mike.
Spojrzałam w dół. Pomiędzy kawałkami drewna zobaczyłam czarny przedmiot.
-Hej, Mike. Co to?-zapytałam.
-Hmm...chyba...latarka?-zastanawiał się.
-O lol.-mruknęłam.
Chwilę później wrócił Harry.
-Masz coś?-zapytał Mike.
-A ja miałem po coś iść?-zdziwił się.
-A jak myślisz, po co cię wysłaliśmy?-zapytał Mike. Ja byłam zdolna tylko do tego żeby strzelić face-palm i użalać się nad głupota Harry'ego, która granic nie zna.
-Aha. Już pamiętam.-oświeciło go.-Skaczcie.-rozłożył ramiona i poszedł do salonu. Skoro nie poszedł szukać drabiny co on robił ja się pytam?
-Jak tylko stąd zejdę to ci nogi z dupy powyrywam!-wydarłam się na niego i popatrzyłam na towarzysza niedoli.
-Co teraz?-zapytał Mike.
-O to samo chcę zapytać.-skrzyżowałam ramiona.
*jakieś pół godziny później?*
-Ok Sami. Trzy, czte-ry!-ryknął Mike.
Następnie nastąpiło wielkie i głośne dup, wiązanka mocnej łaciny i mój wrzask.
Plan był taki. Musieliśmy ułożyć stolik który znaleźliśmy w pokoju, tak żeby nie przewrócił się kiedy będzie na podłodze piętro niżej. Na niego poleciał jeszcze jeden stolik, który jakimś cudem był większy. Następnie deska i kilka książek o gotowaniu. Kiedy chwiejna i nieregularna piramida sięgała do piętra, naszym punktem numer dwa był parkour. Z budowli mieliśmy skoczyć na stolik pod drzwiami a z niego na ziemię. Nie wiem czemu przyszło nam do głowy to by to zrobić jednocześnie, no ale nieważne. Grunt w tym, że plan kompletnie nie wypalił. Nie przekroczyliśmy nawet punktu numer dwa. Polegliśmy przy pierwszym kroku. No ale jest też ta lepsza strona. Byliśmy szybciej na ziemi!
-Mój piszczel!-darł się Mike.-Rozjebałem se piszczel!
Mnie za to bolały żebra, ale nic poważniejszego mi się nie działo. Podniosłam głowę. Przed nami stał Harry i jak gdyby nigdy nic się nam przyglądał. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały miałam tylko jedną chęć.
-Idę ci wpierdolić.-wstałam zadziwiająco szybko i zaczęłam gonić uciekającego Harry'ego.
Kiedy Harry dostał porządny wpierdziel jednym z porcelanowych talerzy postanowiłam ogarnąć co z Mike'm.
-Jak tam Mike?-zapytałam klękając obok ciężko poszkodowanego który nadal nie wstał.
-Prędko przyszłaś.-mruknął.-Nakurwia mnie piszczel i nie mogę chodzić, ale ogólnie jest dobrze.
-A, to spoko.-uśmiechnęłam się.
-Gdzie Harry?-zapytał.
-Musi pozbyć się odłamków porcelany z ubrania.-westchnęłam i wstałam.
-Haha.-Mike wstał po chwili i lekko utykając poszedł do salonu.
-Która godzina?-zapytał Harry siadając koło Mike'a.
-Twoja ostatnia.-odezwał się Mike.-Jak tylko mi się polepszy to masz wpierdziel.
-2:10.-wywróciłam oczami i usiadłam obok debili.
-Idę coś wszamać.-zadecydował Mike.
-A masz cokolwiek do jedzenia?-mruknęłam.
-No racja.-westchnął.
-Zginiemy tutaj.-zaczął rozpaczać Harry.
-Jutro pójdziemy ogarnąć jakąś cywilizację. Miasto nie powinno być zbyt daleko. Podstawą jest to, żeby dostać się do drogi.-powiedziałam.
-Mamy już plan. Teraz trzeba tylko poczekać.-odparł Mike.
-Nie wiem jak wy, ale ja chyba pójdę spać.-westchnęłam.
-Chcesz spać po tylu przeżyciach?-zdziwił się Mike.-Ja bym nie dał rady.
-Sami ma rację. Jutro nie będziemy mieli siły żeby iść.-wow, Harry jednak potrafi pomyśleć logicznie.
-Tylko, heh...-upomniałam się.-Jak wejdziemy na górę?
-No kurwa wiedziałem!-skrzyżował ramiona Mike.
*piętnaście minut później*
-Wiem! Podstawimy krzesła i stoliki.-myślał Harry.
-Ta taktyka się nie sprawdza.-odpowiedziałam.
-Ale spróbować warto.
Kiedy poukładaliśmy kilka krzeseł i stolików, utworzyły się prowizoryczne schodki. Jeśli jesteś pijany, to lepiej tędy nie wchodź.
-Biorę to.-rzuciłam się na jedno z łóżek ustawionych przy ścianie.
-Ja to!-ryknął Mike.
-Ale ja nie chcę pod drzwiami!-sprzeciwił się Harry.
-Nie bądź ciota.-uśmiechnął się Mike.
Usiadłam na łóżku. Twarde i niewygodne no ale biorę co dają, nie?
-Ktoś z was chrapie w nocy?-zapytał Harry.
-Nie.-zaprzeczyliśmy z Mike'm.
-To dobrze. Jestem bardzo wrażliwy.-Harry ułożył się wygodnie na łóżku.
Wstałam i podeszłam do biurka. Zobaczyłam tam sporo kartek a między nimi kilka zdjęć tego domu. Chciałam się temu przyjrzeć bliżej, ale postanowiłam że zostawię to na jutro.
Położyłam się na niewygodnym łóżku i spojrzałam w sufit. W co ja się znowu wpakowałam? Kłopoty z nimi to jednak tradycja...
-Ok, to dobranoc!-Harry zgasił lampkę koło łóżka.
-Nie, Harry!-ryknęłam na raz z Mike'm. Tak jak się spodziewaliśmy wszystkie światła zgasły.
-Zabiję cię debilu!-Mike zaczął się wydzierać.
-Nie moja wina!-bronił się Harry.
-Tak, pewnie! Jak myślisz, co teraz?
-Pójdziemy spać?
-Jesteśmy w środku lasu nie wiemy czy to nie jest miejsce spotkań jakichś meneli, żuli czy satanistów. Co do tego ostatniego to Sami miałaby gdzie się podziać.
-Powiedział ten co ubiera się na biało i nie nosi glanów.-mruknęłam.
-To że mam czarne ciuchy i noszę glany nie znaczy że jestem satanistą.
-Ale ty nim właśnie jesteś.-upierałam się.
-Dobra ja próbuję spać.-usłyszałam skrzypnięcie łóżka. Harry pewnie obracał się na bok.
Zamknęłam oczy i postarałam się usnąć. Mike miał rację, było na serio ciężko. Kiedy mój wzrok przyzwyczaił się do ciemności zaczęłam wyróżniać poszczególne obiekty niedaleko. No ale nareszcie zasnęłam. Obudziło mnie głośne skrzypnięcie. Otworzyłam szybko oczy i rozejrzałam się po pokoju. Telefon. 4:30?! Serio? Dlaczego to tak długo trwa? Usłyszałam chrapanie.
-Mike? Śpisz?-zapytałam.
-Nie. Nie da się spać kiedy ten pajac chrapie jak opętany. Dziwi mnie że ty zasnęłaś.
-Jest dopiero czwarta trzydzieści.-wyjrzałam przez okno.-Ale niedługo powinno zacząć świtać.
-Ta...
-W ogóle nie spałeś?
-Nie. Ile razy mam ci mówić? Sen jest dla śmiertelników. Poza tym, ktoś musiał trzymać wartę nie?
-Racja.-ułożyłam się wygodniej.
Sama nie wiem kiedy ponownie zasnęłam. Obudziłam się kiedy pierwsze promienie słońca zaczęły wpadać do pokoju. Usiadłam na łóżku. Było zimno. Za oknem unosiła się lekka mgła. Harry nadal chrapał a Mike spał. Tak, tak, sen jest dla śmiertelników...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hmm...myślę że się podobało xD liczę na opinie z Waszej strony ;____;
niedziela, 20 października 2013
Rozdział 3 "Schody"
-No i co teraz?-zapytałam.
-No musimy go gdzieś dać. Chyba że zostawimy go tak na pastwę robactwa a rano obudzi się z pająkiem we włosach. Wyobrażasz to sobie?-zaśmiał się.
Rzeczywiście. To musiałby być nieziemski widok.
-Ale mi chodziło o to czy na serio mamy tu spać.-podniosłam mój telefon leżący na ziemi.
-No.-chłopak rozejrzał się po pokoju. Prawdopodobnie to był salon.
-Jesteś pewien?-uniosłam brew.
-A mamy inne wyjście?-wzruszył ramionami i przeniósł Harry'ego na starą kanapę.
Pokój był duży. Ściany pomalowane na biało z ozdobnymi niebieskimi kwiatami. Z sufitu zwisała lampa z zielonym kloszem. Dawała dość sporo światła. Na ścianach wisiały obrazy malowane olejnymi farbami w starych pozłacanych ramach. Kilka z nich leżało pod ścianami. Zielona kanapa z satynowym obiciem na której leżał nieprzytomny Harry. Kominek z licznymi śladami sadzy i telewizor starej daty. Nie wiem nawet czy działa. Czerwony fotel koło kominka i drewniany stolik jakby ukradziony Holmes'owi. Całość dopełniała spora warstwa kurzu i pajęczyn. Już wnioskując po jednym pokoju doszłam do wniosku, że dom jest bogato urządzony jak na starsze czasy. Pytanie tylko kto i dlaczego zostawił to tak po prostu? Może właściciel umarł a nie miał rodziny?
-Ej, żyjesz?-ręka Mike'a machała mi przed oczami.
-Yyy...tak, pewnie.-ogarnęłam wszystko wzrokiem.-Co jest?
-Pytałem czy pójdziemy zobaczyć resztę domu?
-Spoko.-wyszłam na korytarz przez drewniany łuk oddzielający hol i salon.
Nie wiem jakim cudem ale w całym domu paliło się światło. Ze strachu że znowu coś spieprzymy wyłączając światło, a szczęście nam ponownie nie dopisze, postanowiliśmy zostawić włączniki światła w spokoju. Z resztą światło było chyba teraz tym, czego potrzebowałam najbardziej.
-Rozdzielamy się?-zapytał.
-Wolałabym nie. To nowe miejsce, a ja mam słabą orientację w terenie no i...
-Po prostu się boisz.-zaśmiał się Mike.
-Nie.-skłamałam.-Nie boję się.
-Jakbyś się nie bała to byś poszła sama.
-Weź przestań. Parter czy piętro?
-A to tu jest piętro?-podrapał się po głowie.
Wskazałam ręką za niego. Za Mike'm ciągnęły się drewniane schody z przetartym chodnikiem. Pewnie korniki już wszystko zeżarły. Nawet nie wiem czy da się tam wejść.
-O lol.-popatrzył z dziwną miną na schody.-Chodź tam.-wskazał na futrynę za mną.
Posłusznie poszłam do pokoju. To była kuchnia. Kremowe kafelki miejscami odlatywały a w większości w ogóle ich nie było. Umywalka, oczywiście brudna. W środku były nawet niedomyte naczynia. Sporo szafek i półek. Niestety wszystkie puste. Została jeszcze lodówka. Jak się można domyśleć nie było w niej nic. Co ciekawe, nawet światła.
-Serio?-westchnął Mike.-Jesteśmy bez żarcia.-zatrzasnął drzwi lodówki.
-Ciekawi mnie czy zjadłbyś gdyby było tam cokolwiek. Wiesz ile by to żarcie mogło mieć lat?
-Spodziewam się.-mruknął.
Wyszliśmy i ruszyliśmy na koniec długiego korytarza. Były tam drzwi. Po prawej i po lewej.
-Prawo, lewo?-zapytałam.
-Lewo.-Mike bez zastanowienia otworzył drzwi po prawej (chyba nadal nie rozróżnia kierunków) i wszedł do środka.
To była łazienka. Jej stan podobny do kuchni. Odpadające kafelki, pełno rur, pewnie po wannie i umywalce. No i nieodłączne popękane lustro. I klapa. Metalowa klapa zamknięta na kłódkę.
-Łazienka.-stwierdził Mike.
-Sam na to wpadłeś?-wróciłam do korytarza. Otworzyłam ostatnie drzwi i zobaczyłam jadalnię.
Duży drewniany stół, sześć krzeseł, obrazy i ciężkie świeczniki. Aha, i szafka z talerzami. Prawdopodobnie z porcelany.
-Ktokolwiek tu mieszkał nieźle się urządził.-oparłam ręce na biodrach i przyjrzałam się wszystkiemu.
-No serio niezła chata.-pokiwał głową Mike.-I wytrzymała.-walnął pięścią w ścianę z której natychmiast poleciał tynk.
-Tak, bardzo.-westchnęłam.
Wróciliśmy przed dobrze nam znane drzwi wejściowo-wyjściowe tzw drzwi główne i spojrzeliśmy na schody.
-Jesteś bardziej lekka ode mnie. Sprawdzimy czy załamią się pod tobą.-stwierdził Mike z miną inżyniera, który mimo wszystko nawet nie wie o czym mówi.
-Śmieszne.-skrzyżowałam ramiona i ruszyłam przed siebie.
Kiedy tylko postawiłam stopę na pierwszym stopniu ogarnęłam że nie powinnam tam wchodzić tak jak do swojego domu. Inaczej na pewno się zawalą. Kiedy wchodziłam coraz wyżej skrzypienie było bardziej donośne. Nareszcie stanęłam na szczycie schodów.
-Ok, żyję.-mruknęłam.-Teraz ty.
Chłopak starał się wchodzić podobnie jak ja. No ale niestety...kiedy był w połowie drogi schody skrzypnęły bardzo głośno i drewno podtrzymujące konstrukcję zaczęło pękać.
-Szybko!-wrzasnęłam do niego.
Mike skoczył jak opętany przed siebie i wylądował przy ścianie za mną. Schody kompletnie się zawaliły. Z wszystkiego został tylko pył który nadal unosił się w powietrzu i spróchniałe kawałki drewna.
-W porządku?-zapytałam.
-Ta.-podniósł się.-Ja cie, było nieźle.
Usłyszeliśmy wrzask a później płacz. Dochodził z dołu. Przeraziłam się lekko więc instynktownie oparłam się o ścianę zrzucając przy tym obraz.
-Mike.-szepnęłam.-Co to było?
-Nie wiem.-mruknął.
Nagle na dole zobaczyliśmy postać.Wysoką. Wychodziła z salonu i zakrywała twarz rękoma.
-Harry! Cwelu!-ryknęłam.-Co ty sobie do cholery myślałeś? Że jak się poryczysz na cały ryj to mi będzie lepiej? Badamy tu hacjendę żebyś miał gdzie dupę dać a ty mi z czymś takim wyskakujesz?! Jak zaraz do ciebie...-ruszyłam przed siebie, ale przypomniałam sobie o braku schodów i w ostatniej chwili cofnęłam się gwałtownie.
Mike za mną śmiał się jak głupi a Harry ocierał ukradkiem łzy.
-Ja, ja myślałem że mnie zostawiliścieee!-wydarł się.-Byłem sam. I...i się bałem.
-Dlatego się poryczałeś?-wyszczerzył się Mike.
-Nie poryczałem się!-zaprotestował.
-Tak!-wykrzyknął Mike.
-Nie!
-Tak!
-Nie!
-Jak zaraz Harry nam nie pomoże to oberwiecie obydwaj.-mruknęłam krzyżując ramiona.
-A za co ja?-bronił się Mike.
-Za żywota. Harry-zwróciłam się do chłopaka.-skombinuj drabinę czy coś.
-A skąd ja ci wytrzasnę drabine?-zapytał tym swoim 'no chyba ze mnie kpisz'.
-Po prostu nas stąd ściągnij!-wydarłam się na niego.
-No już, już. Gdybym was nie musiał ściągać skorzystałbym z okazji żeby was poobrażać czy coś no ale niestety.-zniknął za drzwiami.
-Jak ja go kiedyś...-usiadłam opierając się o balustradę.
Niby zawaliły się tylko schody. No ale z tej perspektywy wyglądało to na serio strasznie. Dzieliły nas jakieś trzy metry. Nie skoczę z tak wysoka.
-Czekamy na niego użalając się nad sobą i jego głupotą czy idziemy dalej?-zapytał Mike.
Wstałam w odpowiedzi i ruszyłam do jedynych drzwi jakie zostały.
Sypialnia. Wyglądała jak rodem z wojska. Trzy metalowe łóżka w białej sztywnej pościeli. Biurko na którym leżało pełno papierów i biała szafka na ścianie. Koło każdego łóżka była drewniana półeczka z lampką nocną. Również się świeciły.
-To to by było na tyle.-skomentował Mike i wrócił do pozostałości schodów. Poszłam za nim.
-No musimy go gdzieś dać. Chyba że zostawimy go tak na pastwę robactwa a rano obudzi się z pająkiem we włosach. Wyobrażasz to sobie?-zaśmiał się.
Rzeczywiście. To musiałby być nieziemski widok.
-Ale mi chodziło o to czy na serio mamy tu spać.-podniosłam mój telefon leżący na ziemi.
-No.-chłopak rozejrzał się po pokoju. Prawdopodobnie to był salon.
-Jesteś pewien?-uniosłam brew.
-A mamy inne wyjście?-wzruszył ramionami i przeniósł Harry'ego na starą kanapę.
Pokój był duży. Ściany pomalowane na biało z ozdobnymi niebieskimi kwiatami. Z sufitu zwisała lampa z zielonym kloszem. Dawała dość sporo światła. Na ścianach wisiały obrazy malowane olejnymi farbami w starych pozłacanych ramach. Kilka z nich leżało pod ścianami. Zielona kanapa z satynowym obiciem na której leżał nieprzytomny Harry. Kominek z licznymi śladami sadzy i telewizor starej daty. Nie wiem nawet czy działa. Czerwony fotel koło kominka i drewniany stolik jakby ukradziony Holmes'owi. Całość dopełniała spora warstwa kurzu i pajęczyn. Już wnioskując po jednym pokoju doszłam do wniosku, że dom jest bogato urządzony jak na starsze czasy. Pytanie tylko kto i dlaczego zostawił to tak po prostu? Może właściciel umarł a nie miał rodziny?
-Ej, żyjesz?-ręka Mike'a machała mi przed oczami.
-Yyy...tak, pewnie.-ogarnęłam wszystko wzrokiem.-Co jest?
-Pytałem czy pójdziemy zobaczyć resztę domu?
-Spoko.-wyszłam na korytarz przez drewniany łuk oddzielający hol i salon.
Nie wiem jakim cudem ale w całym domu paliło się światło. Ze strachu że znowu coś spieprzymy wyłączając światło, a szczęście nam ponownie nie dopisze, postanowiliśmy zostawić włączniki światła w spokoju. Z resztą światło było chyba teraz tym, czego potrzebowałam najbardziej.
-Rozdzielamy się?-zapytał.
-Wolałabym nie. To nowe miejsce, a ja mam słabą orientację w terenie no i...
-Po prostu się boisz.-zaśmiał się Mike.
-Nie.-skłamałam.-Nie boję się.
-Jakbyś się nie bała to byś poszła sama.
-Weź przestań. Parter czy piętro?
-A to tu jest piętro?-podrapał się po głowie.
Wskazałam ręką za niego. Za Mike'm ciągnęły się drewniane schody z przetartym chodnikiem. Pewnie korniki już wszystko zeżarły. Nawet nie wiem czy da się tam wejść.
-O lol.-popatrzył z dziwną miną na schody.-Chodź tam.-wskazał na futrynę za mną.
Posłusznie poszłam do pokoju. To była kuchnia. Kremowe kafelki miejscami odlatywały a w większości w ogóle ich nie było. Umywalka, oczywiście brudna. W środku były nawet niedomyte naczynia. Sporo szafek i półek. Niestety wszystkie puste. Została jeszcze lodówka. Jak się można domyśleć nie było w niej nic. Co ciekawe, nawet światła.
-Serio?-westchnął Mike.-Jesteśmy bez żarcia.-zatrzasnął drzwi lodówki.
-Ciekawi mnie czy zjadłbyś gdyby było tam cokolwiek. Wiesz ile by to żarcie mogło mieć lat?
-Spodziewam się.-mruknął.
Wyszliśmy i ruszyliśmy na koniec długiego korytarza. Były tam drzwi. Po prawej i po lewej.
-Prawo, lewo?-zapytałam.
-Lewo.-Mike bez zastanowienia otworzył drzwi po prawej (chyba nadal nie rozróżnia kierunków) i wszedł do środka.
To była łazienka. Jej stan podobny do kuchni. Odpadające kafelki, pełno rur, pewnie po wannie i umywalce. No i nieodłączne popękane lustro. I klapa. Metalowa klapa zamknięta na kłódkę.
-Łazienka.-stwierdził Mike.
-Sam na to wpadłeś?-wróciłam do korytarza. Otworzyłam ostatnie drzwi i zobaczyłam jadalnię.
Duży drewniany stół, sześć krzeseł, obrazy i ciężkie świeczniki. Aha, i szafka z talerzami. Prawdopodobnie z porcelany.
-Ktokolwiek tu mieszkał nieźle się urządził.-oparłam ręce na biodrach i przyjrzałam się wszystkiemu.
-No serio niezła chata.-pokiwał głową Mike.-I wytrzymała.-walnął pięścią w ścianę z której natychmiast poleciał tynk.
-Tak, bardzo.-westchnęłam.
Wróciliśmy przed dobrze nam znane drzwi wejściowo-wyjściowe tzw drzwi główne i spojrzeliśmy na schody.
-Jesteś bardziej lekka ode mnie. Sprawdzimy czy załamią się pod tobą.-stwierdził Mike z miną inżyniera, który mimo wszystko nawet nie wie o czym mówi.
-Śmieszne.-skrzyżowałam ramiona i ruszyłam przed siebie.
Kiedy tylko postawiłam stopę na pierwszym stopniu ogarnęłam że nie powinnam tam wchodzić tak jak do swojego domu. Inaczej na pewno się zawalą. Kiedy wchodziłam coraz wyżej skrzypienie było bardziej donośne. Nareszcie stanęłam na szczycie schodów.
-Ok, żyję.-mruknęłam.-Teraz ty.
Chłopak starał się wchodzić podobnie jak ja. No ale niestety...kiedy był w połowie drogi schody skrzypnęły bardzo głośno i drewno podtrzymujące konstrukcję zaczęło pękać.
-Szybko!-wrzasnęłam do niego.
Mike skoczył jak opętany przed siebie i wylądował przy ścianie za mną. Schody kompletnie się zawaliły. Z wszystkiego został tylko pył który nadal unosił się w powietrzu i spróchniałe kawałki drewna.
-W porządku?-zapytałam.
-Ta.-podniósł się.-Ja cie, było nieźle.
Usłyszeliśmy wrzask a później płacz. Dochodził z dołu. Przeraziłam się lekko więc instynktownie oparłam się o ścianę zrzucając przy tym obraz.
-Mike.-szepnęłam.-Co to było?
-Nie wiem.-mruknął.
Nagle na dole zobaczyliśmy postać.Wysoką. Wychodziła z salonu i zakrywała twarz rękoma.
-Harry! Cwelu!-ryknęłam.-Co ty sobie do cholery myślałeś? Że jak się poryczysz na cały ryj to mi będzie lepiej? Badamy tu hacjendę żebyś miał gdzie dupę dać a ty mi z czymś takim wyskakujesz?! Jak zaraz do ciebie...-ruszyłam przed siebie, ale przypomniałam sobie o braku schodów i w ostatniej chwili cofnęłam się gwałtownie.
Mike za mną śmiał się jak głupi a Harry ocierał ukradkiem łzy.
-Ja, ja myślałem że mnie zostawiliścieee!-wydarł się.-Byłem sam. I...i się bałem.
-Dlatego się poryczałeś?-wyszczerzył się Mike.
-Nie poryczałem się!-zaprotestował.
-Tak!-wykrzyknął Mike.
-Nie!
-Tak!
-Nie!
-Jak zaraz Harry nam nie pomoże to oberwiecie obydwaj.-mruknęłam krzyżując ramiona.
-A za co ja?-bronił się Mike.
-Za żywota. Harry-zwróciłam się do chłopaka.-skombinuj drabinę czy coś.
-A skąd ja ci wytrzasnę drabine?-zapytał tym swoim 'no chyba ze mnie kpisz'.
-Po prostu nas stąd ściągnij!-wydarłam się na niego.
-No już, już. Gdybym was nie musiał ściągać skorzystałbym z okazji żeby was poobrażać czy coś no ale niestety.-zniknął za drzwiami.
-Jak ja go kiedyś...-usiadłam opierając się o balustradę.
Niby zawaliły się tylko schody. No ale z tej perspektywy wyglądało to na serio strasznie. Dzieliły nas jakieś trzy metry. Nie skoczę z tak wysoka.
-Czekamy na niego użalając się nad sobą i jego głupotą czy idziemy dalej?-zapytał Mike.
Wstałam w odpowiedzi i ruszyłam do jedynych drzwi jakie zostały.
Sypialnia. Wyglądała jak rodem z wojska. Trzy metalowe łóżka w białej sztywnej pościeli. Biurko na którym leżało pełno papierów i biała szafka na ścianie. Koło każdego łóżka była drewniana półeczka z lampką nocną. Również się świeciły.
-To to by było na tyle.-skomentował Mike i wrócił do pozostałości schodów. Poszłam za nim.
czwartek, 17 października 2013
Rozdział 2 "Ciemność"
Opuszczony. Powybijane szyby w oknach. Praktycznie niknął pomiędzy drzewami. Sama się dziwię jak go dostrzegłam.
-Czyli mamy tam spać, tak?-zapytał Harry.
-Popierdoliło cię?-zapytałam. Odzyskałam zdolność głosu fuck yeah! Harry jednak nie jest taki normalny.
-Sami, nie mamy wyboru.-nie no Mike też?
-Nie ma mowy! Ja tutaj zostaję!-skrzyżowałam ramiona i odwróciłam się do nich tyłem.
-No dobra, jak chcesz to ty zostań. Sama. Ciemno jest. Widziałaś ten cień koło drzewa, nie było go przedtem...-mówił spokojnie Mike.
Instynktownie się obróciłam. No ok. Wystraszył mnie. Niby kilka niepozornych strasznych słówek dla dzieci, ale w takiej sytuacji...
-Yhh...no dobra.-mruknęłam. To się źle skończy.
Poszliśmy w trójkę pod dom. Szłam pomiędzy Mike'm i Harry'm. Stanęliśmy tak przed drzwiami. Stałam na wprost zardzewiałych drzwi.
-Masz najbliżej.-szepnął do mnie Harry i popchnął mnie lekko do przodu. Odwróciłam się do nich. Mike pokazał kciuki uniesione w górę, a Harry uśmiechał się szeroko.
-Nie pójdę tam pierwsza.-powiedziałam.
-Ależ pójdziesz.-oświadczył Mike.-Damy mają pierwszeństwo.
-Mężczyźni są dżentelmenami jak im pasuje.-wywróciłam oczami.-A to niby wy tacy odważni jesteście?
-Nie marudź tylko idź. Samara jesteś.-przymknął oczy Harry.
Odwróciłam się w stronę drzwi i przyjrzałam się im uważnie. Zrobiłam krok do przodu i zapytałam:
-Nie zostawicie mnie prawda?
-Jakbyśmy wiedzieli gdzie jesteśmy to może tak, ale w takiej sytuacji to nie. Poza tym, gdybyś zobaczyła że nas nie ma wyleciałabyś z tego domku z szybkością odrzutowca, a następnie poćwiartowałabyś nas na kawałki więc...-Mike i te jego sensowne odpowiedzi.
Westchnęłam ciężko. Ok, idę. Zrobiłam kolejny krok do przodu. I jeszcze jeden. Słyszałam każdy szelest liścia i każdy niespokojny krok chłopaków za mną. Weszłam na drewniane schody. Skrzypnięcie. Jeszcze trzy kroki, dwa i jeden...Podniosłam wzrok i zobaczyłam te drzwi które budziły taką grozę. Co jest za nimi? Co to w ogóle za dom? I czemu ja do cholery idę pierwsza?
Popatrzyłam kątem oka na chłopaków. Stali za mną czekając czy zginę. O ile wyjdę z tego cała to im wygarnę...
Uniosłam dłoń i położyłam dłoń na klamce. Po plecach przebiegł mi dreszcz. Wszystkie dźwięki wokół mnie jeszcze bardziej się nasiliły. Moja druga ręka zaczęła mi się trząść. Zacisnęłam ją w pięść. Nie. Teraz się nie cofnę. Nacisnęłam klamkę. Matko, jaki stary mechanizm. Serce waliło mi strasznie mocno. Wzięłam głęboki oddech i pociągnęłam klamkę. Nic. Popchnęłam drzwi. Też nic.
-Zamknięte.-odwróciłam się przodem do chłopaków. Uff...po kłopocie. Jednak ich wzrok mówił co innego. Był jakiś taki...dziwny.
-Odwróć się.-wyszeptał Mike.
Zamarłam. Sparaliżował mnie strach. Wszystkie mięśnie napięłam a moje usta lekko się otworzyły. Coś się za mną stało. Tylko co? Nie. Nie odwrócę się. Zrobiło mi się jeszcze bardziej zimno.
-Sami, odwróć się.-powtórzył Mike.
Zacisnęłam powieki i zaczęłam szybko oddychać.
-Co jest za mną?-zapytałam.
-Odwróć się.-Mike! Cholera!
-Powiedzcie.
Tym razem siedzieli cicho. Westchnęłam i obróciłam się gwałtownie. Już chciałam zacząć piszczeć, ale okazało się, że nic tam nie ma.
Usłyszałam jak chłopaki zaczynają się śmiać za mną. Odwróciłam się. Wręcz leżeli ze śmiechu.
-Ha, ha, ha. Śmieszne.-nie było mi do śmiechu. Na prawdę się wystraszyłam.
-Gdybyś widziała swoją minę!-śmiał się coraz głośniej Harry.
-Oh spadaj, chyba że chcesz oberwać w pysk.-powiedziałam. Umilkł. Już raz oberwał i chyba nie chce po raz drugi mieć odbitej mojej ręki na policzku.
Drzwi za mną głośno skrzypnęły. Odwróciłam się szybko i doskoczyłam do chłopaków. Były otwarte. Ale jeszcze przed chwilą nie mogłam ich otworzyć.
-Wychodzi że nasza Samarka nie umie otwierać drzwi.-uśmiechnął się Mike.
-Ale...przecież były zamknięte.-próbowałam sie tłumaczyć.
-A stamtąd zaraz wyskoczy zielona owca.-mruknął Harry.
Nie zdziwiłabym się gdyby się tak stało. Niestety żadna owca nie wybiegła, a drzwi nadal były otwarte.
-No to jak tak hardkożycie to który teraz?-skrzyżowałam ramiona.
-Ty.-Mike i Harry wskazali na siebie.
-Tak myślałam. Kamień, papier, nożyce?
-Tak gra jest zdradliwa!-obrócił się Mike.
*przesuńmy do momentu kiedy Mike się zgodził, ok? To przekonywanie trochę trwało...*
-Wygrałem!-Harry 'przeciął' rękę Mike'a.
-To nie fair! Gramy jeszcze raz?
-Nie.-Harry pokazał mu język.
-No lol.-podszedł do drzwi, wszedł do domu i instynktownie się rozejrzał.
-Nie ma tu nic stra...
Zatrzasnęłam głośno drzwi. Stałam za nimi tak, że Mike mnie nie widział. Niech ma za swoje. Usłyszałam wrzaski za drzwiami i uderzenia pięści. Zaśmiałam się i wyłączyłam dyktafon w telefonie. No co? Jakaś pamiątka musi być. Potrzymałam go tam jeszcze trochę, a później otworzyłam mu drzwi. Wielki pan Mike wyleciał stamtąd jak opętany.
-Haha, gdybyś słyszał swoje wrzaski...-zwróciłam się do niego.
-Oj przymknij się ja cię nie zamknąłem w tej chacie po ciemku! A właśnie, jest czysto, ale cholernie ciemno.-uśmiechnął sie.
-Zdążyłeś sprawdzić cały dom?-zapytał Harry.
-Zrobiłem nawet dwie rundki.
-Zajebista fryzura.-uniosłam brew. Fryzura Mike'a zawierała liście, kilka pajęczyn, dużą ilość kurzu i trochę zaschniętej farby nie wiadomo skąd.
Po tym jak Mike doprowadził się do stanu 'nie pytaj co mam z włosami' weszliśmy do domu, oświetlając sobie drogę telefonami. Rzeczywiście. Domek wyglądał nawet przytulnie. Harry znalazł włącznik światła.
-Włączyć?-zapytał.
-Nie!-zaprzeczyliśmy z Mike'm. Wiem co się może stać. Cały dom się zawali. Albo ściany się zaczną przysuwać. Albo zgniotą nas kolce wysuwające się z sufitu i podłogi. Albo jeszcze coś innego. Ja już mam doświadczenie. Mike chyba pomyślał o tym samym.
Harry wzruszył ramionami i nacisnął włącznik. Coś gdzieś pstryknęło i nagle wszystko się zapaliło. Usłyszałam narastający głośny pisk. Zakryłam uszy. To mi zaraz rozsadzi głowę. Pisk ustał, a wszystkie żarówki jakie widzieliśmy wybuchły zostawiając po sobie tylko gasnące światełko.
-No i co narobiłeś?-zobaczyłam ciemną postać Mike'a która miała ochotę wpierdolić Harry'emu.
-Nie moja wina.-odezwał się głos z drugiego końca pokoju.
-Zgubiłam telefon.-mruknęłam.
-Ja też. Co to był za pisk?-zapytał Harry.
-Nie wiem. To chyba zbyt duże wyładowanie elektryczne albo coś.
-Nic nie widzę. Ciemno tu jak w dupie...-mruknął znów Harry.
-Naprawdę?!-zapytał z udawanym zdziwieniem Mike.
-Nawet drzwi nie widać.-mruknęłam.
-Sami, gdzie ty stałaś?-zapytał Mike. Jego postać zniknęła gdzieś w ciemności.
-Zaraz coś spierdolimy...znów. Ja najbliżej drzwi.-odparłam.
-Mów cokolwiek to cię znajdę po głosie. Harry idź w tą samą stronę.
-Gunwo widzę!-wrzasnął.
-Słuchaj Sami.-Mike strzelił face palm.
Zaczęłam powtarzać tekst do Papercut od Linkin Park. I usłyszałam stłumione krzyki chłopaków i uderzenie o podłogę.
-Jak chodzisz baranie!
-Jak ty chodzisz cwelu!
A chwilę później...
-Gdzie mi tu chodzisz, pedale jeden?!
-Zamknij się! Samary nie słyszę!
Zamiast znaleźć mnie przypierdzielali w siebie. Mądre. Niedługo później ktoś nareszcie pociągnął mnie za włosy, za co oberwał w ryj.
-Samara!-usłyszałam głos Mike'a.
-Sorry! Nie widziałam cię.-uśmiechnęłam się lekko.
-Ale, co?
-No uderzyłam cię.-uniosłam brew.
-Nie.
-Jak nie jak tak...Harry?
Cisza.
-Harry oberwał.-mruknęłam.
-No i zajebiście. Ok o ile dobrze mi się wydaje to jestem obok ciebie więc...-ktoś dźgnął mnie w ramię.
-Tak to ja.-zaśmiałam się lekko.
Nagle zapaliło się światło. Tak po prostu.
-Wow.-Mike popatrzył na lampę która wisiała centralnie nad nami.
-I cudnie.-odwróciłam się. Harry leżał za mną. Tak, to on dostał w pysk.
-Czyli mamy tam spać, tak?-zapytał Harry.
-Popierdoliło cię?-zapytałam. Odzyskałam zdolność głosu fuck yeah! Harry jednak nie jest taki normalny.
-Sami, nie mamy wyboru.-nie no Mike też?
-Nie ma mowy! Ja tutaj zostaję!-skrzyżowałam ramiona i odwróciłam się do nich tyłem.
-No dobra, jak chcesz to ty zostań. Sama. Ciemno jest. Widziałaś ten cień koło drzewa, nie było go przedtem...-mówił spokojnie Mike.
Instynktownie się obróciłam. No ok. Wystraszył mnie. Niby kilka niepozornych strasznych słówek dla dzieci, ale w takiej sytuacji...
-Yhh...no dobra.-mruknęłam. To się źle skończy.
Poszliśmy w trójkę pod dom. Szłam pomiędzy Mike'm i Harry'm. Stanęliśmy tak przed drzwiami. Stałam na wprost zardzewiałych drzwi.
-Masz najbliżej.-szepnął do mnie Harry i popchnął mnie lekko do przodu. Odwróciłam się do nich. Mike pokazał kciuki uniesione w górę, a Harry uśmiechał się szeroko.
-Nie pójdę tam pierwsza.-powiedziałam.
-Ależ pójdziesz.-oświadczył Mike.-Damy mają pierwszeństwo.
-Mężczyźni są dżentelmenami jak im pasuje.-wywróciłam oczami.-A to niby wy tacy odważni jesteście?
-Nie marudź tylko idź. Samara jesteś.-przymknął oczy Harry.
Odwróciłam się w stronę drzwi i przyjrzałam się im uważnie. Zrobiłam krok do przodu i zapytałam:
-Nie zostawicie mnie prawda?
-Jakbyśmy wiedzieli gdzie jesteśmy to może tak, ale w takiej sytuacji to nie. Poza tym, gdybyś zobaczyła że nas nie ma wyleciałabyś z tego domku z szybkością odrzutowca, a następnie poćwiartowałabyś nas na kawałki więc...-Mike i te jego sensowne odpowiedzi.
Westchnęłam ciężko. Ok, idę. Zrobiłam kolejny krok do przodu. I jeszcze jeden. Słyszałam każdy szelest liścia i każdy niespokojny krok chłopaków za mną. Weszłam na drewniane schody. Skrzypnięcie. Jeszcze trzy kroki, dwa i jeden...Podniosłam wzrok i zobaczyłam te drzwi które budziły taką grozę. Co jest za nimi? Co to w ogóle za dom? I czemu ja do cholery idę pierwsza?
Popatrzyłam kątem oka na chłopaków. Stali za mną czekając czy zginę. O ile wyjdę z tego cała to im wygarnę...
Uniosłam dłoń i położyłam dłoń na klamce. Po plecach przebiegł mi dreszcz. Wszystkie dźwięki wokół mnie jeszcze bardziej się nasiliły. Moja druga ręka zaczęła mi się trząść. Zacisnęłam ją w pięść. Nie. Teraz się nie cofnę. Nacisnęłam klamkę. Matko, jaki stary mechanizm. Serce waliło mi strasznie mocno. Wzięłam głęboki oddech i pociągnęłam klamkę. Nic. Popchnęłam drzwi. Też nic.
-Zamknięte.-odwróciłam się przodem do chłopaków. Uff...po kłopocie. Jednak ich wzrok mówił co innego. Był jakiś taki...dziwny.
-Odwróć się.-wyszeptał Mike.
Zamarłam. Sparaliżował mnie strach. Wszystkie mięśnie napięłam a moje usta lekko się otworzyły. Coś się za mną stało. Tylko co? Nie. Nie odwrócę się. Zrobiło mi się jeszcze bardziej zimno.
-Sami, odwróć się.-powtórzył Mike.
Zacisnęłam powieki i zaczęłam szybko oddychać.
-Co jest za mną?-zapytałam.
-Odwróć się.-Mike! Cholera!
-Powiedzcie.
Tym razem siedzieli cicho. Westchnęłam i obróciłam się gwałtownie. Już chciałam zacząć piszczeć, ale okazało się, że nic tam nie ma.
Usłyszałam jak chłopaki zaczynają się śmiać za mną. Odwróciłam się. Wręcz leżeli ze śmiechu.
-Ha, ha, ha. Śmieszne.-nie było mi do śmiechu. Na prawdę się wystraszyłam.
-Gdybyś widziała swoją minę!-śmiał się coraz głośniej Harry.
-Oh spadaj, chyba że chcesz oberwać w pysk.-powiedziałam. Umilkł. Już raz oberwał i chyba nie chce po raz drugi mieć odbitej mojej ręki na policzku.
Drzwi za mną głośno skrzypnęły. Odwróciłam się szybko i doskoczyłam do chłopaków. Były otwarte. Ale jeszcze przed chwilą nie mogłam ich otworzyć.
-Wychodzi że nasza Samarka nie umie otwierać drzwi.-uśmiechnął się Mike.
-Ale...przecież były zamknięte.-próbowałam sie tłumaczyć.
-A stamtąd zaraz wyskoczy zielona owca.-mruknął Harry.
Nie zdziwiłabym się gdyby się tak stało. Niestety żadna owca nie wybiegła, a drzwi nadal były otwarte.
-No to jak tak hardkożycie to który teraz?-skrzyżowałam ramiona.
-Ty.-Mike i Harry wskazali na siebie.
-Tak myślałam. Kamień, papier, nożyce?
-Tak gra jest zdradliwa!-obrócił się Mike.
*przesuńmy do momentu kiedy Mike się zgodził, ok? To przekonywanie trochę trwało...*
-Wygrałem!-Harry 'przeciął' rękę Mike'a.
-To nie fair! Gramy jeszcze raz?
-Nie.-Harry pokazał mu język.
-No lol.-podszedł do drzwi, wszedł do domu i instynktownie się rozejrzał.
-Nie ma tu nic stra...
Zatrzasnęłam głośno drzwi. Stałam za nimi tak, że Mike mnie nie widział. Niech ma za swoje. Usłyszałam wrzaski za drzwiami i uderzenia pięści. Zaśmiałam się i wyłączyłam dyktafon w telefonie. No co? Jakaś pamiątka musi być. Potrzymałam go tam jeszcze trochę, a później otworzyłam mu drzwi. Wielki pan Mike wyleciał stamtąd jak opętany.
-Haha, gdybyś słyszał swoje wrzaski...-zwróciłam się do niego.
-Oj przymknij się ja cię nie zamknąłem w tej chacie po ciemku! A właśnie, jest czysto, ale cholernie ciemno.-uśmiechnął sie.
-Zdążyłeś sprawdzić cały dom?-zapytał Harry.
-Zrobiłem nawet dwie rundki.
-Zajebista fryzura.-uniosłam brew. Fryzura Mike'a zawierała liście, kilka pajęczyn, dużą ilość kurzu i trochę zaschniętej farby nie wiadomo skąd.
Po tym jak Mike doprowadził się do stanu 'nie pytaj co mam z włosami' weszliśmy do domu, oświetlając sobie drogę telefonami. Rzeczywiście. Domek wyglądał nawet przytulnie. Harry znalazł włącznik światła.
-Włączyć?-zapytał.
-Nie!-zaprzeczyliśmy z Mike'm. Wiem co się może stać. Cały dom się zawali. Albo ściany się zaczną przysuwać. Albo zgniotą nas kolce wysuwające się z sufitu i podłogi. Albo jeszcze coś innego. Ja już mam doświadczenie. Mike chyba pomyślał o tym samym.
Harry wzruszył ramionami i nacisnął włącznik. Coś gdzieś pstryknęło i nagle wszystko się zapaliło. Usłyszałam narastający głośny pisk. Zakryłam uszy. To mi zaraz rozsadzi głowę. Pisk ustał, a wszystkie żarówki jakie widzieliśmy wybuchły zostawiając po sobie tylko gasnące światełko.
-No i co narobiłeś?-zobaczyłam ciemną postać Mike'a która miała ochotę wpierdolić Harry'emu.
-Nie moja wina.-odezwał się głos z drugiego końca pokoju.
-Zgubiłam telefon.-mruknęłam.
-Ja też. Co to był za pisk?-zapytał Harry.
-Nie wiem. To chyba zbyt duże wyładowanie elektryczne albo coś.
-Nic nie widzę. Ciemno tu jak w dupie...-mruknął znów Harry.
-Naprawdę?!-zapytał z udawanym zdziwieniem Mike.
-Nawet drzwi nie widać.-mruknęłam.
-Sami, gdzie ty stałaś?-zapytał Mike. Jego postać zniknęła gdzieś w ciemności.
-Zaraz coś spierdolimy...znów. Ja najbliżej drzwi.-odparłam.
-Mów cokolwiek to cię znajdę po głosie. Harry idź w tą samą stronę.
-Gunwo widzę!-wrzasnął.
-Słuchaj Sami.-Mike strzelił face palm.
Zaczęłam powtarzać tekst do Papercut od Linkin Park. I usłyszałam stłumione krzyki chłopaków i uderzenie o podłogę.
-Jak chodzisz baranie!
-Jak ty chodzisz cwelu!
A chwilę później...
-Gdzie mi tu chodzisz, pedale jeden?!
-Zamknij się! Samary nie słyszę!
Zamiast znaleźć mnie przypierdzielali w siebie. Mądre. Niedługo później ktoś nareszcie pociągnął mnie za włosy, za co oberwał w ryj.
-Samara!-usłyszałam głos Mike'a.
-Sorry! Nie widziałam cię.-uśmiechnęłam się lekko.
-Ale, co?
-No uderzyłam cię.-uniosłam brew.
-Nie.
-Jak nie jak tak...Harry?
Cisza.
-Harry oberwał.-mruknęłam.
-No i zajebiście. Ok o ile dobrze mi się wydaje to jestem obok ciebie więc...-ktoś dźgnął mnie w ramię.
-Tak to ja.-zaśmiałam się lekko.
Nagle zapaliło się światło. Tak po prostu.
-Wow.-Mike popatrzył na lampę która wisiała centralnie nad nami.
-I cudnie.-odwróciłam się. Harry leżał za mną. Tak, to on dostał w pysk.
poniedziałek, 14 października 2013
Rozdział 1 "Dom"
Właśnie skończyłam się pakować. Moje bagaże (o dziwo było ich mało) stały sobie spokojnie w moim pokoju w chorym fioletowym kolorze. Podróżowanie z Harry'm i Mike'm tak bardzo weszło mi w krew, że kiedy Harry zapytał czy pojedziemy z nim na drugi koniec Polski (to jest Bałtyk), zgodziłam się bez zastanowienia. Coś muszę mieć z wakacji, nie? Oczywiście z Mike'm było trochę problemów, bo jak z wykle nie umiał się zdecydować. Tak to z nim zawsze jest. Kiedy w końcu się zdecydował, Harry oświadczył że wyjeżdżamy już jutro, czyli dzisiaj. Tak, wiem, jest bardzo duże ryzyko że już nigdy stamtąd nie wrócimy. Jak Harry się kimnie za kierownicą no to dupa. Tak, Harry prowadzi, bo Mike'owi wzięli prawko...opowiem kiedy indziej. Wzięłam swoje rzeczy i po krótkim pożegnaniu z mamą wyszłam przed dom. Usiadłam na chodniku, jak zwykle będe musiała na nich poczekać. Kiedy w końcu Harry przyjechał ułożyłam bagaże w dużym bagażniku. Mike siedział w środku i jak zawsze słuchał muzyki. Siedziałam sama z tyłu. Haha, będę miała się gdzie przespać jakby co. W końcu, tak, nareszcie ruszyliśmy z miejsca. Zaczęłam patrzeć na krajobraz za oknem. Zawsze tak robię kiedy jeżdżę samochodem. Harry coś tam do nas gadał. Słyszałam też głos Mike'a, widocznie przestał słuchać muzyki.
-Sami, do cholery żyjesz?-usłyszałam roześmiany głos Harry'ego.
-Co?-zapytałam. Widocznie się do mnie dobijali od dłuższego czasu.
-Na serio zgodziłaś się jechać?
-Na początku miałam strasznego cykora że coś jak zawsze w waszym towarzystwie...
-Ej, ej, ej.-przerwał mi Mike. Już wiedział co chcę powiedzieć.-To nie ja ciągle przynoszę pecha. To ty jesteś jakimś talizmanem nieszczęścia.
-Ja przynajmniej potrafię nacisnąć przycisk STOP w autobusie. Może wtedy nie musielibyśmy dupić kilometry do domu. Pamiętasz pierwszy dzień wakacji, prawda?
-Nie tylko on...-mruknął Harry.
Rozpoczęce wakacji 2012 roku było niesamowite, ale to też jest historia na inny dzień. Mike umilkł widocznie zgaszony. Haha...
-Więc-kontynuowałam.-jak zawsze w waszym towarzystwie sie nie uda. No, ale chcę mieć coś z wakacji. A teraz wybaczcie, ale jestem zmęczona i chce mi się spać.
-Śpij, śpij...-uśmiechnął się lekko Mike.
-Macie markery?-zapytałam unosząc brew. Nie chcę się obudzić z tatuażami. Na twarzy. Niezmywalnym markerem.
-Haha, tak.-uśmiechnął się Harry. Chwilę później oberwał od Mike'a w ramię.
-Po co jej to gadałeś?
-Ups...-wyszczerzył się w stronę Mike'a.
-Ty...
-Ja chce żywa dojechać.-uśmiechnęłam się.-A markery...-wyciągnęłam rękę w stronę Mike'a.
Ten jednak zamiast mi go oddać, załatwił mi pierwszą czarną kreskę markerem, na ramieniu.
-Dzięki.-mruknęłam patrząc jak ci z przodu ryją ze śmiechu.
Oparłam się o drzwi samochodu i obserwowałam to co jest za oknem. Chwilę później zasnęłam. Nie wiem ile spałam, lecz kiedy otworzyłam oczy było już ciemno za oknem. Pierwsze co zrobiłam to skoczyłam do lusterka zobaczyć jak wygląda moja twarz. Jezus! W porządku! Zerknęłam na moich kumpli z przodu. Mike był odwrócony w prawo tak, jakby nie chciał widzieć Harry'ego. Harry miał natomiast kamienną twarz. Pokłócili się.
-O co poszło?-uśmiechnęłam sie wywracając oczami.
-Ten tutaj.-Harry wskazał na Mike'a.-Wyrzucił markera przez okno.
-To nie ja dabilu!-zaczął żywo gestykulować Mike.-Wyrwałeś mi go z ręki i sam wypadł przez okno!
-Gunwo prawda!
-Ej chłopaki. Kupicie nowy na miejscu.-po co im to mówiłam?
Mike i Harry z uśmiechem popatrzyli na siebie a później na mnie.
-Czuję się otoczona...-mruknęłam.
-Jesteś genialna Sami.-zaczął się śmiać Harry.
Dekle...haha.
Krajobraz zaokienny był jeszcze lepszy nocą niż za dnia. Jechaliśmy akurat jakąś wąską uliczką przez las.
-Skróty.-wytłumaczył z uśmiechem Harry.
No skoro do tego czasu nic się nie stało, to chyba dojedziemy bezpiecznie, nie?
*kilka długich w huj kilosów później jeszcze głębiej w lesie*
Samochód Harry'ego zaczął się zatrzymywać. Jechał coraz wolniej, wolniej i wolniej. Aż kompletnie się zatrzymał.
-Harry, co jest?-zapytałam z Mike'm jak na komednę.
-Nie mam pojęcia, przecież było jeszcze dużo benzyny.-Harry co chwilę przekręcał kluczyk. Samochód nie chciał zapalić. Coś się ewidentnie spierrrdoliło.
Wyjrzałam przez okno. Ta ciemność już nie była taka miła jak przedtem. Byliśmy w środku lasu, a naszym jedynym schronieniem był ten samochód. Spojrzałam na zegarek. Boże, dopiero 22.08.
-Albo to naprawisz, albo śpisz na dworze.-groził mu Mike.
-Robię co mogę.-odpowiedział Harry.
-Nie umiesz.-mruknął Mike i obaj zaczęli coś tam naprawiać. Minęło piętnaście minut a oni nadal nic. Zaczynałam się bać. Spojrzałam jeszcze raz na wyświetlacz telefonu.
-Zadzwońmy po pomoc!-krzyknął uradowany Harry.
-Chłopaki...nie ma zasięgu.-popatrzyłam na nich wystraszonym wzrokiem.
Patrzyliśmy na siebie tym poker face'm. Mike'owi szło lepiej niż zazwyczaj.
-Przejebane.-Mike spojrzał przez przednią szybę.
Nagle samochodem coś ruszyło. Nie miałam odwagi cokolwiek powiedzieć.
-Może teraz zadziała.-Harry chciał ponownie przekręcić kluczyk, ale auto zaczęło zjeżdżać coraz szybciej i szybciej gdzieś w dół. Musieliśmy być na rodzaju jakiegoś urwiska i właśnie spadać!
Zaczęłam się wydzierać jak zwykle kiedy się na maksa boję i schowałam twarz w dłoniach.
-Woda!-usłyszałam krzyk Harry'ego, a później poczułam straszne zimno. Samochód wylądował w wodzie i z każdą sekunda byliśmy coraz głębiej. Ciśnienie naz zabije. Odpięłam szybko pasy i zaczęłam wypływać na powierzchnię. Kończyło mi się powietrze. Jeszcze trochę. Metr, dwa. Kaszląc i głośno wdychając powietrze wypłynęłam. Kiedy zaczęłam kontaktować, rozglądnęłam się wokoło. Za mną ktoś gwałtownie wynurzył się z wody. Obróciłam się. Harry. Po raz pierwszy cieszę się że go widzę.
-Harry.-podpłynęłam do niego.-G-gdzie Mike?
Kumpel rozglądnął sie dookoła.
-Cholera!-wziął głeboki wdech i zanurkował.
Coś tu jest nie tak. Czuję to. Ze strachem rozejrzałam się. Byliśmy w jakimś głębokim jeziorze. Wokół rosło pełno brzóz. Nadal tkwiliśmy w lesie. Było ciemno i zimno, a moje przemoczone ubranie wcale nie pomagało mi się ogrzać. W dodatku cholernie się bałam. To nie był dobry pomysł tu jechać...
Chwilę później wynurzył się Mike i Harry.
-Łuhu! Ale zabawa! Ja chcę jeszcze raz!-wykrzyknął Mike.
Popatrzyłam na niego jak na psychopatę. Teraz nawet moi kumple wydawali mi się dziwni, mimo tego że znam ich już dość długo.
-Popierdoliło cię? Nie widzisz w jakiej sytuacji się znajdujemy?-Harry teraz był ten jedyny normalny.
-Może i jesteśmy na zadupiu, no ale było fajnie, nie Sami?
Pokreciłam przecząco głową i wyszłam z wody. Byłam wyczerpana. Za dużo wrażeń. Usiadłam pod jedną z brzóz i zaczęłam szukać telefonu. Był wodoszczelny, więc nie straciłam go. Leżał w mojej kieszeni. Nadal brak zasięgu. Gdzie my do cholery jesteśmy? Pamiętam, że kiedyś jak jeszcze chodziliśmy do podstawówki, to jarały nas takie wypady do lasu, no ale ja nie myślałam, że wrócimy do tego aż tak dosłownie. Dla przyponienia, ja mam 20 lat, Harry tyle samo co ja a Mike 21.
-Jest zasięg?-zapytał Mike. Stali obok mnie, nawet nie wiem kiedy wyszli z wody.
Znowu kiwnęłam głową na 'nie'. Od tego wszystkiego chyba odebrało mi głos. Miałam tak tylko raz, w życiu. Kiedy mama powiedziała, że nie dostanę moich Martensów. A później i tak wyszło na moje.
-Co teraz?-Harry popatrzył na nas.-Jesteśmy na zadupiu, bez samochodu, jedzenia, czy zasięgu w fonie. Jest jakiś środek nocy, będziemy się przedzierać przez las w poszukiwaniu cywilizacji, czy będziemy spali tutaj?
-Zostańmy tu.-powiedział Mike po chwili.-Jesteśmy wykończeni, ktoś może paść po drodze.
-Lepiej chodźmy. Rano bedziemy głodni, a tak by the way, gdzie mamy spać?
-Nie. Zostańmy.-nie ustępował Mike.
-Idziemy.
-Zostajemy.
-Chłopaki...-szepnęłam.-Dom.
Usłyszeli mnie i popatrzyli w kierunku mojej ręki wyciągniętej w ciemność. Tak. Stał tam drewniany dom.
-Sami, do cholery żyjesz?-usłyszałam roześmiany głos Harry'ego.
-Co?-zapytałam. Widocznie się do mnie dobijali od dłuższego czasu.
-Na serio zgodziłaś się jechać?
-Na początku miałam strasznego cykora że coś jak zawsze w waszym towarzystwie...
-Ej, ej, ej.-przerwał mi Mike. Już wiedział co chcę powiedzieć.-To nie ja ciągle przynoszę pecha. To ty jesteś jakimś talizmanem nieszczęścia.
-Ja przynajmniej potrafię nacisnąć przycisk STOP w autobusie. Może wtedy nie musielibyśmy dupić kilometry do domu. Pamiętasz pierwszy dzień wakacji, prawda?
-Nie tylko on...-mruknął Harry.
Rozpoczęce wakacji 2012 roku było niesamowite, ale to też jest historia na inny dzień. Mike umilkł widocznie zgaszony. Haha...
-Więc-kontynuowałam.-jak zawsze w waszym towarzystwie sie nie uda. No, ale chcę mieć coś z wakacji. A teraz wybaczcie, ale jestem zmęczona i chce mi się spać.
-Śpij, śpij...-uśmiechnął się lekko Mike.
-Macie markery?-zapytałam unosząc brew. Nie chcę się obudzić z tatuażami. Na twarzy. Niezmywalnym markerem.
-Haha, tak.-uśmiechnął się Harry. Chwilę później oberwał od Mike'a w ramię.
-Po co jej to gadałeś?
-Ups...-wyszczerzył się w stronę Mike'a.
-Ty...
-Ja chce żywa dojechać.-uśmiechnęłam się.-A markery...-wyciągnęłam rękę w stronę Mike'a.
Ten jednak zamiast mi go oddać, załatwił mi pierwszą czarną kreskę markerem, na ramieniu.
-Dzięki.-mruknęłam patrząc jak ci z przodu ryją ze śmiechu.
Oparłam się o drzwi samochodu i obserwowałam to co jest za oknem. Chwilę później zasnęłam. Nie wiem ile spałam, lecz kiedy otworzyłam oczy było już ciemno za oknem. Pierwsze co zrobiłam to skoczyłam do lusterka zobaczyć jak wygląda moja twarz. Jezus! W porządku! Zerknęłam na moich kumpli z przodu. Mike był odwrócony w prawo tak, jakby nie chciał widzieć Harry'ego. Harry miał natomiast kamienną twarz. Pokłócili się.
-O co poszło?-uśmiechnęłam sie wywracając oczami.
-Ten tutaj.-Harry wskazał na Mike'a.-Wyrzucił markera przez okno.
-To nie ja dabilu!-zaczął żywo gestykulować Mike.-Wyrwałeś mi go z ręki i sam wypadł przez okno!
-Gunwo prawda!
-Ej chłopaki. Kupicie nowy na miejscu.-po co im to mówiłam?
Mike i Harry z uśmiechem popatrzyli na siebie a później na mnie.
-Czuję się otoczona...-mruknęłam.
-Jesteś genialna Sami.-zaczął się śmiać Harry.
Dekle...haha.
Krajobraz zaokienny był jeszcze lepszy nocą niż za dnia. Jechaliśmy akurat jakąś wąską uliczką przez las.
-Skróty.-wytłumaczył z uśmiechem Harry.
No skoro do tego czasu nic się nie stało, to chyba dojedziemy bezpiecznie, nie?
*kilka długich w huj kilosów później jeszcze głębiej w lesie*
Samochód Harry'ego zaczął się zatrzymywać. Jechał coraz wolniej, wolniej i wolniej. Aż kompletnie się zatrzymał.
-Harry, co jest?-zapytałam z Mike'm jak na komednę.
-Nie mam pojęcia, przecież było jeszcze dużo benzyny.-Harry co chwilę przekręcał kluczyk. Samochód nie chciał zapalić. Coś się ewidentnie spierrrdoliło.
Wyjrzałam przez okno. Ta ciemność już nie była taka miła jak przedtem. Byliśmy w środku lasu, a naszym jedynym schronieniem był ten samochód. Spojrzałam na zegarek. Boże, dopiero 22.08.
-Albo to naprawisz, albo śpisz na dworze.-groził mu Mike.
-Robię co mogę.-odpowiedział Harry.
-Nie umiesz.-mruknął Mike i obaj zaczęli coś tam naprawiać. Minęło piętnaście minut a oni nadal nic. Zaczynałam się bać. Spojrzałam jeszcze raz na wyświetlacz telefonu.
-Zadzwońmy po pomoc!-krzyknął uradowany Harry.
-Chłopaki...nie ma zasięgu.-popatrzyłam na nich wystraszonym wzrokiem.
Patrzyliśmy na siebie tym poker face'm. Mike'owi szło lepiej niż zazwyczaj.
-Przejebane.-Mike spojrzał przez przednią szybę.
Nagle samochodem coś ruszyło. Nie miałam odwagi cokolwiek powiedzieć.
-Może teraz zadziała.-Harry chciał ponownie przekręcić kluczyk, ale auto zaczęło zjeżdżać coraz szybciej i szybciej gdzieś w dół. Musieliśmy być na rodzaju jakiegoś urwiska i właśnie spadać!
Zaczęłam się wydzierać jak zwykle kiedy się na maksa boję i schowałam twarz w dłoniach.
-Woda!-usłyszałam krzyk Harry'ego, a później poczułam straszne zimno. Samochód wylądował w wodzie i z każdą sekunda byliśmy coraz głębiej. Ciśnienie naz zabije. Odpięłam szybko pasy i zaczęłam wypływać na powierzchnię. Kończyło mi się powietrze. Jeszcze trochę. Metr, dwa. Kaszląc i głośno wdychając powietrze wypłynęłam. Kiedy zaczęłam kontaktować, rozglądnęłam się wokoło. Za mną ktoś gwałtownie wynurzył się z wody. Obróciłam się. Harry. Po raz pierwszy cieszę się że go widzę.
-Harry.-podpłynęłam do niego.-G-gdzie Mike?
Kumpel rozglądnął sie dookoła.
-Cholera!-wziął głeboki wdech i zanurkował.
Coś tu jest nie tak. Czuję to. Ze strachem rozejrzałam się. Byliśmy w jakimś głębokim jeziorze. Wokół rosło pełno brzóz. Nadal tkwiliśmy w lesie. Było ciemno i zimno, a moje przemoczone ubranie wcale nie pomagało mi się ogrzać. W dodatku cholernie się bałam. To nie był dobry pomysł tu jechać...
Chwilę później wynurzył się Mike i Harry.
-Łuhu! Ale zabawa! Ja chcę jeszcze raz!-wykrzyknął Mike.
Popatrzyłam na niego jak na psychopatę. Teraz nawet moi kumple wydawali mi się dziwni, mimo tego że znam ich już dość długo.
-Popierdoliło cię? Nie widzisz w jakiej sytuacji się znajdujemy?-Harry teraz był ten jedyny normalny.
-Może i jesteśmy na zadupiu, no ale było fajnie, nie Sami?
Pokreciłam przecząco głową i wyszłam z wody. Byłam wyczerpana. Za dużo wrażeń. Usiadłam pod jedną z brzóz i zaczęłam szukać telefonu. Był wodoszczelny, więc nie straciłam go. Leżał w mojej kieszeni. Nadal brak zasięgu. Gdzie my do cholery jesteśmy? Pamiętam, że kiedyś jak jeszcze chodziliśmy do podstawówki, to jarały nas takie wypady do lasu, no ale ja nie myślałam, że wrócimy do tego aż tak dosłownie. Dla przyponienia, ja mam 20 lat, Harry tyle samo co ja a Mike 21.
-Jest zasięg?-zapytał Mike. Stali obok mnie, nawet nie wiem kiedy wyszli z wody.
Znowu kiwnęłam głową na 'nie'. Od tego wszystkiego chyba odebrało mi głos. Miałam tak tylko raz, w życiu. Kiedy mama powiedziała, że nie dostanę moich Martensów. A później i tak wyszło na moje.
-Co teraz?-Harry popatrzył na nas.-Jesteśmy na zadupiu, bez samochodu, jedzenia, czy zasięgu w fonie. Jest jakiś środek nocy, będziemy się przedzierać przez las w poszukiwaniu cywilizacji, czy będziemy spali tutaj?
-Zostańmy tu.-powiedział Mike po chwili.-Jesteśmy wykończeni, ktoś może paść po drodze.
-Lepiej chodźmy. Rano bedziemy głodni, a tak by the way, gdzie mamy spać?
-Nie. Zostańmy.-nie ustępował Mike.
-Idziemy.
-Zostajemy.
-Chłopaki...-szepnęłam.-Dom.
Usłyszeli mnie i popatrzyli w kierunku mojej ręki wyciągniętej w ciemność. Tak. Stał tam drewniany dom.
piątek, 11 października 2013
Prolog
Niektórych jarają nowe samochody, panienki, pieniądze, muzyka. A mnie opuszczone domy. Nie uważam, żeby było w tym coś dziwnego. Chodzi nie tylko o dreszczyk emocji gdy jesteś sam w budynku który może się zawalić. Gdy patrząc na pozostawione przedmioty odkrywasz historię. Gdy wchodzisz do pokoi w których nikt nie był od lat próbując odgadnąć kto tu mieszkał. Zawsze najbardziej mnie fascynowało...dlaczego się wyniósł. Kiedy jesteś w domu pośród porozrzucanych papierów i starych mebli, uwierz, do głowy nie przychodzi ci, że ktoś się wyprowadził bo znalazł gdzieś indziej pracę. Zawsze wyobraźnia podsuwa najstraszniejsze historie.
Miałem grupkę przyjaciół z którymi odkrywaliśmy tajemnice takich domów. Oczywiście, największe emocje samemu, gdy idziesz sam, ale to po prosty niebezpieczne. Coś się zawali, zaatakuje cię pijany żul. Cokolwiek.
Byliśmy już wszędzie, od starych piwnic do opuszczonej fabryki. W tej ostatniej musieliśmy uciekać przed psami, no ale...
Wszystko wokół było już pozwiedzane, więc wyruszaliśmy w coraz dalsze wędrówki. Pewnego dnia kumpel wysłał mi kilka fot na maila. Po prostu jednopiętrowy dom domek gdzieś w lesie. Trochę odrapany, powybijane okna, ale trzymał się całkiem nieźle. Napisał mi, że dom znajduje się w lesie, zupełnie niedaleko. Zdziwiłem się, byłem pewny, że zwiedziliśmy już wszystko. Postanowiliśmy, że weźmiemy grupę i najpierw zobaczymy co tam jest, czy da się wejść i czy jakiś ćpun nie będzie chciał nas zabić. I takie sytuacje się zdarzały.
W naszej grupie była jedna dziewczyna i trzech chłopaków. Alex, Kamil, Mateusz i ja - Matt.
Był czwartek. Nie mieliśmy żadnego sprzętu - nie chcieliśmy, żeby nie dość jakiś ćpun nas zabił, to jeszcze okradł - i poszliśmy. Droga nie była łatwa, albo inaczej, w ogóle jej nie było. Tylko krzaki i drzewa.
Do domu weszliśmy przez drzwi. Wyglądały solidnie, ale były otwarte. Szczerze mówiąc trochę się zawiedliśmy. Nic szczególnego. Podrapane ściany, wszędzie jakieś gazety, trochę połamanych desek. W kolejnym pokoju to samo. Po zastanowieniu stwierdziliśmy, że wracamy do domu i nawet nie wracamy tu by porobić zdjęcia. Mamy od groma takich rzeczy. Ale coś nas zatrzymało. Kolejny pokój, jakby łazienka. Jasnoniebieskie kafelki, stare potłuczone lustro, kilka rur wystających z podłogi, pewnie po wannie czy umywalce i żelazna klapa w podłodze. Patrzyliśmy przez chwilę na to. Wiecie, takie rzeczy znajduje się niezbyt często. Chcieliśmy wrócić, no ale ciekawość zwyciężyła.
Po otwarciu klapy naszym oczom ukazała się stara, żelazna drabinka znikająca w ciemności. Kamil został na górze, a ja, Alex i Mateusz zeszliśmy na dół. Wyciągnąłem latarkę z plecaka i po chwili zobaczyliśmy że jesteśmy w korytarzu. Myśleliśmy, że to jakaś piwnica czy coś. Szliśmy przed siebie zbyt długo i minęliśmy zbyt wiele zakrętów by była to piwnica gdzie trzyma się ziemniaki i przetwory babuni. Na dodatek po chwili usłyszeliśmy, że klapa się zamyka. Nie przejęliśmy się, Kamil ją otworzy gdy wrócimy. W tym momencie dziękowałem, że nie mam klaustrofobii.
W końcu natrafiliśmy na kolejne drzwi. Również dosyć masywne. Próbowaliśmy je otworzyć, ale z marnym skutkiem. Więc ja i Mateusz mieliśmy iść do Kamila i znaleźć coś czym można by otworzyć te drzwi, a Alex miała zostać. Zostawiliśmy jej latarkę, a sami wracaliśmy w ciemności. Już po pierwszym zakręcie straciliśmy nawet to nikłe światełko, ale nie baliśmy się. Jeśli masz takie zainteresowania jak ja to nie boisz się ciemności. W pewnym momencie byliśmy pewni, że usłyszeliśmy skrzypnięcie, ale zignorowaliśmy to. Doszliśmy do klapy, zapukaliśmy a Kamil ją otworzył. Stwierdził, że klapa sama się zatrzasnęła a on sam nie zastanawiał się nad tym. Zaczęliśmy szukać czegoś co mogłoby posłużyć jako łom. Wtedy dostałem SMS'a od Alex:
"Chodźcie, otworzyłam drzwi".
Nie miałem zielonego pojęcia jak ona to zrobiła, ale pobiegliśmy do tej klapy. I wtedy usłyszeliśmy wrzask. Jezu, nie wiem jak to opisać, ale nie wiedziałem, że ktoś może tak krzyczeć. Zamarliśmy nad klapą. Pomimo że krzyk trwał kilka sekund to nadal brzmiał w naszych umysłach. Pierwszy raz od lat myślałem, że się popłaczę ze strachu. Cokolwiek. Wszyscy wiedzieliśmy, że powinniśmy tam pójść, ale staliśmy tylko i patrzyliśmy na ta klapę. W końcu Mateusz ja podniósł.
Usłyszeliśmy kroki dochodzące z dołu. Można powiedzieć, że jesteśmy tchórzami, ale uciekliśmy wtedy z tego domu. Biegliśmy na złamanie karku przez te krzaki wywalając się co chwilę. Gdy wybiegliśmy z lasu myśleliśmy wyglądać jak jakieś potwory. Dopiero wtedy zadzwoniliśmy na policję. To byłą pierwsza rzecz jaka przyszła nam do głowy. Tak, policja pojechała tam. Klapa była zamknięta na starą kłódkę. Wszystko wyglądało jakby nienaruszone od lat. Nawet nie sprawdzili, tylko zobaczyli kłódkę i stwierdzili, że kłamiemy.
Wróciliśmy do domu. Miałem straszne wyrzuty. Próbowałem przekonać moich kumpli, że musimy tam iść, ale oni udawali, że nic się nie stało. W końcu wziąłem kombinerki, łom i poszedłem tam sam. Przez cały czas myślałem, że się posikam ze strachu. Czułem się jak w jakimś słabym horrorze klasy B, tylko, że w takich horrorach zazwyczaj wszystko się szczęśliwie kończy. Byłem już w domu gdy dostałem SMS'a, od...Alex:
"Chodź po swoją latarkę".
Nigdy tam nie wrócę. Nigdy.
Miałem grupkę przyjaciół z którymi odkrywaliśmy tajemnice takich domów. Oczywiście, największe emocje samemu, gdy idziesz sam, ale to po prosty niebezpieczne. Coś się zawali, zaatakuje cię pijany żul. Cokolwiek.
Byliśmy już wszędzie, od starych piwnic do opuszczonej fabryki. W tej ostatniej musieliśmy uciekać przed psami, no ale...
Wszystko wokół było już pozwiedzane, więc wyruszaliśmy w coraz dalsze wędrówki. Pewnego dnia kumpel wysłał mi kilka fot na maila. Po prostu jednopiętrowy dom domek gdzieś w lesie. Trochę odrapany, powybijane okna, ale trzymał się całkiem nieźle. Napisał mi, że dom znajduje się w lesie, zupełnie niedaleko. Zdziwiłem się, byłem pewny, że zwiedziliśmy już wszystko. Postanowiliśmy, że weźmiemy grupę i najpierw zobaczymy co tam jest, czy da się wejść i czy jakiś ćpun nie będzie chciał nas zabić. I takie sytuacje się zdarzały.
W naszej grupie była jedna dziewczyna i trzech chłopaków. Alex, Kamil, Mateusz i ja - Matt.
Był czwartek. Nie mieliśmy żadnego sprzętu - nie chcieliśmy, żeby nie dość jakiś ćpun nas zabił, to jeszcze okradł - i poszliśmy. Droga nie była łatwa, albo inaczej, w ogóle jej nie było. Tylko krzaki i drzewa.
Do domu weszliśmy przez drzwi. Wyglądały solidnie, ale były otwarte. Szczerze mówiąc trochę się zawiedliśmy. Nic szczególnego. Podrapane ściany, wszędzie jakieś gazety, trochę połamanych desek. W kolejnym pokoju to samo. Po zastanowieniu stwierdziliśmy, że wracamy do domu i nawet nie wracamy tu by porobić zdjęcia. Mamy od groma takich rzeczy. Ale coś nas zatrzymało. Kolejny pokój, jakby łazienka. Jasnoniebieskie kafelki, stare potłuczone lustro, kilka rur wystających z podłogi, pewnie po wannie czy umywalce i żelazna klapa w podłodze. Patrzyliśmy przez chwilę na to. Wiecie, takie rzeczy znajduje się niezbyt często. Chcieliśmy wrócić, no ale ciekawość zwyciężyła.
Po otwarciu klapy naszym oczom ukazała się stara, żelazna drabinka znikająca w ciemności. Kamil został na górze, a ja, Alex i Mateusz zeszliśmy na dół. Wyciągnąłem latarkę z plecaka i po chwili zobaczyliśmy że jesteśmy w korytarzu. Myśleliśmy, że to jakaś piwnica czy coś. Szliśmy przed siebie zbyt długo i minęliśmy zbyt wiele zakrętów by była to piwnica gdzie trzyma się ziemniaki i przetwory babuni. Na dodatek po chwili usłyszeliśmy, że klapa się zamyka. Nie przejęliśmy się, Kamil ją otworzy gdy wrócimy. W tym momencie dziękowałem, że nie mam klaustrofobii.
W końcu natrafiliśmy na kolejne drzwi. Również dosyć masywne. Próbowaliśmy je otworzyć, ale z marnym skutkiem. Więc ja i Mateusz mieliśmy iść do Kamila i znaleźć coś czym można by otworzyć te drzwi, a Alex miała zostać. Zostawiliśmy jej latarkę, a sami wracaliśmy w ciemności. Już po pierwszym zakręcie straciliśmy nawet to nikłe światełko, ale nie baliśmy się. Jeśli masz takie zainteresowania jak ja to nie boisz się ciemności. W pewnym momencie byliśmy pewni, że usłyszeliśmy skrzypnięcie, ale zignorowaliśmy to. Doszliśmy do klapy, zapukaliśmy a Kamil ją otworzył. Stwierdził, że klapa sama się zatrzasnęła a on sam nie zastanawiał się nad tym. Zaczęliśmy szukać czegoś co mogłoby posłużyć jako łom. Wtedy dostałem SMS'a od Alex:
"Chodźcie, otworzyłam drzwi".
Nie miałem zielonego pojęcia jak ona to zrobiła, ale pobiegliśmy do tej klapy. I wtedy usłyszeliśmy wrzask. Jezu, nie wiem jak to opisać, ale nie wiedziałem, że ktoś może tak krzyczeć. Zamarliśmy nad klapą. Pomimo że krzyk trwał kilka sekund to nadal brzmiał w naszych umysłach. Pierwszy raz od lat myślałem, że się popłaczę ze strachu. Cokolwiek. Wszyscy wiedzieliśmy, że powinniśmy tam pójść, ale staliśmy tylko i patrzyliśmy na ta klapę. W końcu Mateusz ja podniósł.
Usłyszeliśmy kroki dochodzące z dołu. Można powiedzieć, że jesteśmy tchórzami, ale uciekliśmy wtedy z tego domu. Biegliśmy na złamanie karku przez te krzaki wywalając się co chwilę. Gdy wybiegliśmy z lasu myśleliśmy wyglądać jak jakieś potwory. Dopiero wtedy zadzwoniliśmy na policję. To byłą pierwsza rzecz jaka przyszła nam do głowy. Tak, policja pojechała tam. Klapa była zamknięta na starą kłódkę. Wszystko wyglądało jakby nienaruszone od lat. Nawet nie sprawdzili, tylko zobaczyli kłódkę i stwierdzili, że kłamiemy.
Wróciliśmy do domu. Miałem straszne wyrzuty. Próbowałem przekonać moich kumpli, że musimy tam iść, ale oni udawali, że nic się nie stało. W końcu wziąłem kombinerki, łom i poszedłem tam sam. Przez cały czas myślałem, że się posikam ze strachu. Czułem się jak w jakimś słabym horrorze klasy B, tylko, że w takich horrorach zazwyczaj wszystko się szczęśliwie kończy. Byłem już w domu gdy dostałem SMS'a, od...Alex:
"Chodź po swoją latarkę".
Nigdy tam nie wrócę. Nigdy.
Hello Again?
Siema. Ja jestem Sami Morgan i mogliście mnie już kojarzyć z innych blogów. Jeśli jednak czytacie moje posty po raz pierwszy, to miło poznać ^^. Będę tutaj pisała historię grupki przyjaciół. Sami, Mike'a i Harry'ego. Wszystko zaczęło się od krótkiej historii, którą napisał Mike na kilku kartkach. Ja (mając jego pozwolenie), umieszczę ją na tym blogu i będę opisywała dalsze losy naszych bohaterów już swoją wyobraźnią. Myślę, że się spodoba i zapraszam do czytania :P
~Sami
~Sami
Subskrybuj:
Posty (Atom)