niedziela, 20 października 2013

Rozdział 3 "Schody"

-No i co teraz?-zapytałam.
-No musimy go gdzieś dać. Chyba że zostawimy go tak na pastwę robactwa a rano obudzi się z pająkiem we włosach. Wyobrażasz to sobie?-zaśmiał się.
Rzeczywiście. To musiałby być nieziemski widok.
-Ale mi chodziło o to czy na serio mamy tu spać.-podniosłam mój telefon leżący na ziemi.
-No.-chłopak rozejrzał się po pokoju. Prawdopodobnie to był salon.
-Jesteś pewien?-uniosłam brew.
-A mamy inne wyjście?-wzruszył ramionami i przeniósł Harry'ego na starą kanapę.
Pokój był duży. Ściany pomalowane na biało z ozdobnymi niebieskimi kwiatami. Z sufitu zwisała lampa z zielonym kloszem. Dawała dość sporo światła. Na ścianach wisiały obrazy malowane olejnymi farbami w starych pozłacanych ramach. Kilka z nich leżało pod ścianami. Zielona kanapa z satynowym obiciem na której leżał nieprzytomny Harry. Kominek z licznymi śladami sadzy i telewizor starej daty. Nie wiem nawet czy działa. Czerwony fotel koło kominka i drewniany stolik jakby ukradziony Holmes'owi. Całość dopełniała spora warstwa kurzu i pajęczyn. Już wnioskując po jednym pokoju doszłam do wniosku, że dom jest bogato urządzony jak na starsze czasy. Pytanie tylko kto i dlaczego zostawił to tak po prostu? Może właściciel umarł a nie miał rodziny?
-Ej, żyjesz?-ręka Mike'a machała mi przed oczami.
-Yyy...tak, pewnie.-ogarnęłam wszystko wzrokiem.-Co jest?
-Pytałem czy pójdziemy zobaczyć resztę domu?
-Spoko.-wyszłam na korytarz przez drewniany łuk oddzielający hol i salon.
Nie wiem jakim cudem ale w całym domu paliło się światło. Ze strachu że znowu coś spieprzymy wyłączając światło, a szczęście nam ponownie nie dopisze, postanowiliśmy zostawić włączniki światła w spokoju. Z resztą światło było chyba teraz tym, czego potrzebowałam najbardziej.
-Rozdzielamy się?-zapytał.
-Wolałabym nie. To nowe miejsce, a ja mam słabą orientację w terenie no i...
-Po prostu się boisz.-zaśmiał się Mike.
-Nie.-skłamałam.-Nie boję się.
-Jakbyś się nie bała to byś poszła sama.
-Weź przestań. Parter czy piętro?
-A to tu jest piętro?-podrapał się po głowie.
Wskazałam ręką za niego. Za Mike'm ciągnęły się drewniane schody z przetartym chodnikiem. Pewnie korniki już wszystko zeżarły. Nawet nie wiem czy da się tam wejść.
-O lol.-popatrzył z dziwną miną na schody.-Chodź tam.-wskazał na futrynę za mną.
Posłusznie poszłam do pokoju. To była kuchnia. Kremowe kafelki miejscami odlatywały a w większości w ogóle ich nie było. Umywalka, oczywiście brudna. W środku były nawet niedomyte naczynia. Sporo szafek i półek. Niestety wszystkie  puste. Została jeszcze lodówka. Jak się można domyśleć nie było w niej nic. Co ciekawe, nawet światła.
-Serio?-westchnął Mike.-Jesteśmy bez żarcia.-zatrzasnął drzwi lodówki.
-Ciekawi mnie czy zjadłbyś gdyby było tam cokolwiek. Wiesz ile by to żarcie mogło mieć lat?
-Spodziewam się.-mruknął.
Wyszliśmy i ruszyliśmy na koniec długiego korytarza. Były tam drzwi. Po prawej i po lewej.
-Prawo, lewo?-zapytałam.
-Lewo.-Mike bez zastanowienia otworzył drzwi po prawej (chyba nadal nie rozróżnia kierunków) i wszedł do środka.
To była łazienka. Jej stan podobny do kuchni. Odpadające kafelki, pełno rur, pewnie po wannie i umywalce. No i nieodłączne popękane lustro. I klapa. Metalowa klapa zamknięta na kłódkę.
-Łazienka.-stwierdził Mike.
-Sam na to wpadłeś?-wróciłam do korytarza. Otworzyłam ostatnie drzwi i zobaczyłam jadalnię.
Duży drewniany stół, sześć krzeseł, obrazy i ciężkie świeczniki. Aha, i szafka z talerzami. Prawdopodobnie z porcelany.
-Ktokolwiek tu mieszkał nieźle się urządził.-oparłam ręce na biodrach i przyjrzałam się wszystkiemu.
-No serio niezła chata.-pokiwał głową Mike.-I wytrzymała.-walnął pięścią w ścianę z której natychmiast poleciał tynk.
-Tak, bardzo.-westchnęłam.
Wróciliśmy przed dobrze nam znane drzwi wejściowo-wyjściowe tzw drzwi główne i spojrzeliśmy na schody.
-Jesteś bardziej lekka ode mnie. Sprawdzimy czy załamią się pod tobą.-stwierdził Mike z miną inżyniera, który mimo wszystko nawet nie wie o czym mówi.
-Śmieszne.-skrzyżowałam ramiona i ruszyłam przed siebie.
Kiedy tylko postawiłam stopę na pierwszym stopniu ogarnęłam że nie powinnam tam wchodzić tak jak do swojego domu. Inaczej na pewno się zawalą. Kiedy wchodziłam coraz wyżej skrzypienie było bardziej donośne. Nareszcie stanęłam na szczycie schodów.
-Ok, żyję.-mruknęłam.-Teraz ty.
Chłopak starał się wchodzić podobnie jak ja. No ale niestety...kiedy był w połowie drogi schody skrzypnęły bardzo głośno i drewno podtrzymujące konstrukcję zaczęło pękać.
-Szybko!-wrzasnęłam do niego.
Mike skoczył jak opętany przed siebie i wylądował przy ścianie za mną. Schody kompletnie się zawaliły. Z wszystkiego został tylko pył który nadal unosił się w powietrzu i spróchniałe kawałki drewna.
-W porządku?-zapytałam.
-Ta.-podniósł się.-Ja cie, było nieźle.
Usłyszeliśmy wrzask a później płacz. Dochodził z dołu. Przeraziłam się lekko więc instynktownie oparłam się o ścianę zrzucając przy tym obraz.
-Mike.-szepnęłam.-Co to było?
-Nie wiem.-mruknął.
Nagle na dole zobaczyliśmy postać.Wysoką. Wychodziła z salonu i zakrywała twarz rękoma.
-Harry! Cwelu!-ryknęłam.-Co ty sobie do cholery myślałeś? Że jak się poryczysz na cały ryj to mi będzie lepiej? Badamy tu hacjendę żebyś miał gdzie dupę dać a ty mi z czymś takim wyskakujesz?! Jak zaraz do ciebie...-ruszyłam przed siebie, ale przypomniałam sobie o braku schodów i w ostatniej chwili cofnęłam się gwałtownie.
Mike za mną śmiał się jak głupi a Harry ocierał ukradkiem łzy.
-Ja, ja myślałem że mnie zostawiliścieee!-wydarł się.-Byłem sam. I...i się bałem.
-Dlatego się poryczałeś?-wyszczerzył się Mike.
-Nie poryczałem się!-zaprotestował.
-Tak!-wykrzyknął Mike.
-Nie!
-Tak!
-Nie!
-Jak zaraz Harry nam nie pomoże to oberwiecie obydwaj.-mruknęłam krzyżując ramiona.
-A za co ja?-bronił się Mike.
-Za żywota. Harry-zwróciłam się do chłopaka.-skombinuj drabinę czy coś.
-A skąd ja ci wytrzasnę drabine?-zapytał tym swoim 'no chyba ze mnie kpisz'.
-Po prostu nas stąd ściągnij!-wydarłam się na niego.
-No już, już. Gdybym was nie musiał ściągać skorzystałbym z okazji żeby was poobrażać czy coś no ale niestety.-zniknął za drzwiami.
-Jak ja go kiedyś...-usiadłam opierając się o balustradę.
Niby zawaliły się tylko schody. No ale z tej perspektywy wyglądało to na serio strasznie. Dzieliły nas jakieś trzy metry. Nie skoczę z tak wysoka.
-Czekamy na niego użalając się nad sobą i jego głupotą czy idziemy dalej?-zapytał Mike.
Wstałam w odpowiedzi i ruszyłam do jedynych drzwi jakie zostały.
Sypialnia. Wyglądała jak rodem z wojska. Trzy metalowe łóżka w białej sztywnej pościeli. Biurko na którym leżało pełno papierów i biała szafka na ścianie. Koło każdego łóżka była drewniana półeczka z lampką nocną. Również się świeciły.
-To to by było na tyle.-skomentował Mike i wrócił do pozostałości schodów. Poszłam za nim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz